#running #morning #kapiszon #motivation Ktoś tu właśnie skończył biegać! Brawo my!💜

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @smartjack.pl

Najtrudniej zacząć, tak mówią. Przyznaję szczerze, zawsze chciałam biegać. Wydawało mi się,że jest to fajny, zajmujący i doskonale wpływający na ciało sport. I systematyczny, a ja lubię plany i codzienne stawianie ptaszków. Bardzo chciałam biegać, najlepiej od razu bez zadyszki i długie dystanse, kręcąc zgrabnym tyłkiem ubranym w fajne gatki. Taka byłaby sytuacja idealna.

Sytuacja faktyczna : bieganie było w  mojej głowie czymś absolutnie nie-do-osiągnięcia. Wszystkie próby, szczególnie te przymuszone przez nauczycieli WF w szkole, kończyły się padaczką. Biegłam jak zraniona łania, nierówno i koślawo, sapiąc jak lokomotywa i walcząc, aby nie udławić się ślinotokiem. Ból oskrzeli, podskakujący bez żadnej kontroli biust, zaziajka. Katastrofa na granicy komizmu i dramy.

I oto : BIEGAM. Jak to się stało?

12 biegów. Ponoć, jeśli zrobimy coś 12 razy to wchodzi nam to w nawyk. Nie wiem czy to prawda, ale dziś biegałam 13 raz, po raz drugi pokonując 5 kilometrów. Zwykle biegam 3,8 km bo tak wypada moja ulubiona trasa. Bardzo się cieszę, że bieganie wchodzi mi w nawyk i powiem nawet, że chciałabym biegać już zawsze, bo jest to super-duper-fajne.  Ale wróćmy do pytania, jak to możliwe, że przełamałam swoją nienawiść i przestałam się zarzekać, że co jak co, ale biegać nigdy nie będę.


KAPISZON. Ten mały gagat o niespożytych pokładach energii. Lubię z nim spędzać czas i chciałam, aby moja aktywność fizyczna była połączona z jego aktywnością. Kiedyś więcej czasu spędzaliśmy w stajni, ze względu na moją pracę, więc był wybiegany do bólu. Ale teraz w stajni bywam raz w tygodniu, więc brakowało nam ruchu. Bieganie jest najprostsze, szczególnie gdy się mieszka w okolicy pięknych lasów.

REGULARNOŚĆ. Ja uwielbiam gdy mój dzień jest przewidywalny i wypunktowany. Jak wiem, że wstaję, robię kanapki mężowi, wciągam majtasy i idę biegać na 40 minut, to jestem szczęśliwa. Lubię tak rozpocząć dzień, bo mam wrażenie, że już od rana zrobiłam coś fajnego, mam odbębnione, piesek może zostać w domku wychasany, wschód słońca mnie powitał, brzuszek się jakoś tak skurczył. Jest moc.

BAJERY. Słuchawki, fajne legginsy, dobre buty do biegania. Dziś miałam radochę z nowych butów ( bo po 12 biegach to już zawodowiec jestem i muszę mieć drugą parę, nie?). A tak serio, to nowe buty były mi konieczne i niezbędne, bo po pierwsze, są najlepszym w świecie motywatorem, po drugie, ja biegam po śniegu i chlapie do kostek. Skoro mogę mieć fajowe buty  nieprzepuszczające wody, ciepłe, przyczepne i w ogóle szpanerskie, to chcę je mieć. Brykałam dziś po tym śniegu jak mała gazela, nie ślizgając się jak na moich „letnich” Pumach.

BIEGAM SAMA. Moje tempo, moja sprawa. Może kiedyś uda się znaleźć kogoś, kto chciałby mi towarzyszyć, ale to nie jest priorytet, bo ja zaraz się martwię, stresuję, staram się biec szybciej niż mogę i wszystko idzie w łeb.  Jak w grę wchodzi rywalizacja, to ja od razu „klapię”, niestety.

ŚWIADOMOŚĆ, że nie muszę się spieszyć. Pierwszy mój raz to był bardziej ślimaczy pęd aniżeli bieganie. Teraz też nie biegam szybko, bo śnieg niestety skutecznie mnie spowalnia. Biegam nawet nieco wolniej niż na początku, kiedy odkryłam moją utwardzoną ścieżkę, po której biega się dużo lżej i szybciej. Teraz jest przykryta 10 cm warstwą zmrożonego, podeptanego, zblazowanego śniegu, dlatego dziś zdecydowałam się na leśne wertepy. Dreptam wolniej niż kobieta w szpilkach, która leci na promocję w supermarkecie. Wolniej niż babcia z balkonikiem nawet. I mam to w nosie. Czuję, że jestem zgrzana, spocona, endorfinki mnie dopingują, piesek tylko czasem się odwróci 100 m przede mną z miną p.t. „rany,ale się wleczesz”.

ENDOMONDO. Bo mierzy, bo gada do mnie,że przebiegłam już kilometr, bo nie ocenia. Po treningu widzę wszystko, co chciałabym widzieć. Zapisuje treningi, dzięki czemu mogę z dumą podglądać jak z dnia na dzień biegam nieco dalej, nieco dłużej, a czasem nawet nieco szybciej niż poprzednio.

LEKKOŚĆ BYTU, która się załącza podczas biegania. Biegniesz biegniesz (drepczesz znaczy) i nagle czujesz ogień w łydkach, ból w tyłku, naciągnięcie w piszczelach. Ale drepczesz dalej. I nagle cud, nic Cię nie boli, masz wrażenie, że możesz tak biec i biec i biec i nie zatrzymywać się nigdy. Ja chyba ani razu nie miałam takiej sytuacji podczas biegania, że chciałam się zatrzymać (np. by złapać oddech) albo zwolnić do marszu. Nie ma mowy. Drepcz wolniej niż jakbyś miała iść tiptopami, ale DREPCZ KOBIETO! No więc dreptałam. I naprawdę nie mam jakiś zakwasów, od których nie mogłabym się podnieść z wyrka.

BRAK ZADYSZKI, bo zadyszka to katastrofa. Muszę biegać tak, by mój oddech był lekko przyśpieszony, ale równy. Żadnego gwałtownego ziajania i bólu oskrzeli. Równy oddech, nawet nie sapanie. Taki mogę uzyskać tylko gdy biegnę równo i spokojnie, więc tak robię.

GŁÓD, gdy nagle chcesz więcej, gdy okazuje się, że pobiegałam i jakoś tak mnie nosi. Dwa razy wracałam z mojej prawie 4 km trasy i stwierdzałam, ze może jeszcze mały skok w bok jakąś ścieżką. Albo ostatnie 100-200 metrów najszybciej jak dam radę. To się zwykle kończy zadyszką, ale nogi suną same ! Przebieram nimi jak jakiś pasikonik, macham, pędzę! I lubię to ! W życiu bym nie pomyślała.

NIEDOSYT wiąże się z tym, co napisałam wyżej. Zawsze staram się mobilizować się, aby znowu pobiec trochę dalej, trochę dłużej, innym razem pobiec normalny dystans bo mam gorszy dzień i nie chce mi się, ale cały czas chciałabym zachowywać powolną tendencję zwyżkową. Dlaczego powolną? Bo kiedy pozostaje mi przekonanie „mogłam biec dalej i dałabym radę!” „następnym razem lekko pobiegnę 6 km” to mam kopa mocy żeby wstać rano i to zrobić. Wiem, że mogłabym nawet teraz wstać i pobiec 10 km. Ale wróciłabym zmęczona jak pies, może nawet szczęśliwa, ale wypluta, a następne dni nie mogłabym się zmobilizować, bo przecież nie dam rady znowu tyle zrobić, a na pewno nie więcej, bo znowu będę miała zakwasy i niż energetyczny, itd. Dlatego małe kroczki, wolne tempo, wielka energia i radocha. Bo ja chcę lubić biegać !


DOBRA MUZA. W moim przypadku wybór padł na soundtracki, do czego też musiałam dojść metodą prób i błędów. Muzyka, która bywa ogólnie określana jako „motywująca” albo „do treningu” jest dla mnie jakimś masakrycznym dudnieniem, które wkurza mnie i drażni. Dzięki dobrej muzyce, którą naprawdę lubię, albo audiobookom, biegam z chęcią i radością. Na razie słucham moich szlagierów i ulubieńców, a więc muzyka z Hobbita, Władcy Pierścieni, Harrego Pottera, audiobook Wiedźmin. Kto by pomyślał, prawda?

INSTAGRAM. Po każdym bieganiu wrzucam fotki, przy każdym bieganiu robię zdjęcia. Buta, odcisku, śniegu, trasy, wschodu słońca. bez różnicy. Chcę się pochwalić, że pobiegałam. Motywują mnie polubienia i komentarze. Sama też komentuję i trzymam kciuki, oglądam zgrabne pupcie i ładne posiłki na idealnych talerzach.

ŚWIEŻE POWIETRZE. Bo ja uwielbiam spędzać czas na dworze, lubię spacerować po lesie, kocham galopować po polach. Przestrzeń i przyroda mi sprzyjają. Kiedy biegnę w stronę wschodzącego słońca, to dostaję jakiejś euforii chwili, łapię takie momenty. Dziś widziałam biegnącego przez pole liska. Kapi kompletnie zdurniał, chciał się lać. Innym razem mijam jakiegoś biegacza, który pokaże mi kciuka w górę. Czasem biegnę i nic się nie dzieje, jest cicho i pięknie. Pocenie się na siłowni przy takiej alternatywie jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia.

#morning #running #kapiszon #fit #bieganie Kapiszon biega z obciążeniem💜

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @smartjack.pl

Mam nadzieję, że wpis wam się podobał. Bieganie zajmuje ostatnio drugie miejsce wśród moich codziennych ambicji. Myślę, gdzie by tu jutro pobiec, co ubrać, jak długo biegać, czy uda mi się znowu dać z siebie coś więcej. Nawet jeśli to nadal są śmiesznie wolne przebiegi, to mam to w nosie, bo korzyści jest zbyt wiele, abym miała z tego rezygnować, bo nie umiem biegać szybciej.  Podglądam blogi o bieganiu, obserwuję insta, czytam poradniki, czyszczę buciki. Bardzo lubię biegać i chcę biegać dalej i lepiej. No i szybciej, ale to się pewnie wypracuje z czasem…

Polecam wszystkim, bo jeśli chcecie coś w życiu robić, tak jak ja chciałam zawsze biegać, to trzeba to zrobić. Trzeba znaleźć swój sposób i po prostu po to sięgnąć. Zapomnieć o siedzeniu tyłkiem i nie robieniu nic. Satysfakcja gwarantowana, szczególnie, jeśli mierzycie siły na zamiary. Bardzo Wam polecam. 2016 rok będzie u mnie stał pod znakiem porannych przebieżek i strasznie się z tego cieszę.