Nie biegałam. No nie biegałam, ostatnie trzy tygodnie to było jego wielkie NIEbieganie. W pierwszym  tygodniu była majówka połączona z Bożym Ciałem, więc całą duszą i ciałem się obijałam. Potem miałam kłopoty ze stopami, zapodałam sobie jakieś złuszczające skarpety i O ZGROZO złuszczyło mi skórę, więc trening skończył się bąblami i obtarciami. No brawo ja. A w tym mijającym tygodniu usilnie uczyłam się do egzaminu, którego nie zdałam. Szkoda gadać. W dodatku w związku z tak pracowitymi treningami zrezygnowałam z biegu na 10 km w nadchodzącą niedzielę. Nosiłam się z tą decyzją już od dawna, bo stwierdzam, że zabawa zabawą, ale żeby startować w zawodach to już wypada mieć już jakieś wyniki.

Można się pośmiać i dobiec jako ostatni zawodnik. Na pierwszych zawodach. No ale pchać się na 10 km, jeśli zwyczajnie nie jestem jeszcze gotowa, żeby przetreptać tą trasę i dopiec 10 minut po ostatnim zawodniku? Nie. Wiem, że mogłam to zrobić, może nawet przybiegłabym 8 minut, albo i 6 po całej stawce, może wykręciłabym tą 1h 20 min, ale nie czuję się, i byłabym zażenowana. Wszelkie przeszkody w treningach potraktowałam jako ZNAK od wszechświata, który przyznał mi rację. I tyle. A skoro startu nie ma, to i motywacja BĘC no i tak siedzę z bebzonem przed laptopem i wsuwam ciastki…

Ale nic straconego. Z czterech medali uzbieram trzy i też będzie fajnie. Przez trzy miesiące spokojnie się przygotuję i wystartuję w jesiennym biegu na 10 km, zrobię jakiśtam przeciętny wynik i będę bardzo z siebie zadowolona i kropka. Tak.

Tymczasem : nie było z tymi moimi treningami tak tragicznie, bo chodziłam na spokojne 5 km przebieżki 2 razy w tygodniu. Wiem, że to bida z nędzą, ale utrzymywało mnie w jakiejśtam kondycji. Poza tym, takie biegi dają mi naprawdę najwięcej przyjemności i nie kończą się wielkimi zakwasami. Więc nie byłam aż tak bardzo leniwa. Co się dało, to zrobiłam.

Mam już też wyznaczoną nową TRASĘ STANDARD czyli 5 km, w Funce, gdzie spędze całe wakacje w pracy. Już nie mogę się doczekać jak zacznę eksplorować Bory Tucholskie, poznawać nowe ścieżki i zasypywać Instagram swoimi leśnymi odkryciami. Brzozowe dróżki i sosnowe gaje to jest to, co o poranku jest najpiękniejsze dla biegacza !

 

No, także tego…. Czasem tak bywa, że się nie uda. No trudno się mówi, biegnie się dalej. Teraz, kiedy zrzuciłam już z siebie presję startu w zawodach (zrzuciłam ją już w sumie z tydzień temu) czuję się dużo lepiej i o wiele bardziej tęsknię za poranną przebieżką. Jutro wystawa, więc wcześnie rano wsiadam w autko, ale w poniedziałek lecimy ze Smartami w las. I fajnie 🙂

Także jeśli kiedyś nie wypali Wam jakiś cel, marzenie czy realizacja planu, nie przejmujcie się, bo najważniejsze jest lubić to, co się robi <3