Kochani, trochę nam pouciekało tych tygodni od ostatniego podsumowania. No niestety, choroba nie wybiera i wyłączyła mnie z biegania na całe bite 10 dni. Nie tylko zepsuła mi statystyki biegowe, ale generalnie cały długi weekend. No ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

Potem było już bardzo mało czasu do ogarnięcia się jakoś przez biegiem II Galopada Braci Mniejszych, który odbył się w Myślęcinku w zeszłą niedzielę. No bardzo chciałam w nim wystartować, a tu pierwszy terning po chorobie był w środę. No i jak to po chorobie, biegało się kiepsko, oddychało się ciężko, czułam jak po ścianie gardła leje mi się babolowy wodospadzik. Na szczęście pogoda dopisywała znakomicie i udało się zrobić 4 treningi przez zawodami. Starałam się wszystko robić z głową, więc i trochę ponaginać swoje możliwości, ale i nie przesadzając, dlatego w sobotę zdecydowałam się na krótki, a szybki 2,5 km bieg. Taka ze mnie chwalipięta, a tak naprawdę to psy mi się zbuntowały w nowej canicrossowej uprzęży. Kapiszon za żadne skarby nie chciał ciągnąć, biegł przy nodze, miast przede mną i patrzył na mnie bardzo wymownym wzrokiem. Bałam się, że ze startu nici. Ale, jak już pewnie wiecie z renecji ( jeśli nie wiecie, zapraszam tu : GALOPADA BRACI MNIEJSZYCH ) BYŁO SUPER EKSTRA BOMBASTYCZNIE.

Tak, o czym my tu… a że taka sprytna i mądra jestem. No. Nie sądziłam, że podczas choroby tak mi będzie brakowało biegania. Ani, że po 10 dniach tak mocno odczuję spadek formy. Ale do rzeczy.

Wszystkie przygotowania i treningi zeszłego tygodnia miały nas przybliżyć do celów ściśle zamierzonych i zaplanowanych, a mianowicie do pobicia rekordu życiowego na 5 km. Dotychczas najlepszym mym wynikiem było 40,06 sec i takowy wynik należało już stanowczo poprawić. Najpierw planowałam po prostu pobiec szybciej i zmieścić się poniżej 40 minut. Po sobotniej próbie generalnej zaprzęgowej stwierdziłam, że ja to może i bym dobiegła, ale weź tu bij rekordy, gdy pies Ci wywąchuje ślady zajęcze z epoki neolitu, albo gryzie się z pobratymcem z zaprzęgu, nie patrząc w ogóle gdzie biegnie. Już nie mówiąc o wymownym buncie, jakim było notoryczne negliżowanie się poprzez zdejmowanie szelek. Pierwsz myśl : nie brać Kapiszona na bieg. Druga myśl : jak to NIE BRAĆ? Mojego miszcza? W końcu taki bieg to ma być zabawa i radocha. Priorytety zmieniono kosztem wyraźnych argumentów czworonoga. Ustaliliśmy, że poniżej 45 minut będzie optymalnie, chyba, że Kapiszon w łaskawości swej niezmierzonej postanowi zmienić założenia w trakcie przebiegu. No i tak się stało, dobiegliśmy duuużo przed zaplanowanym czasem i generalnie rządzimy na dzielni !

Podsumowanie przedstawia się takowoż:

Przebiegniętych kilometrów  18,06

Czas biegania : 2 h, 34 min, 16 s.

Kalorie kluskowate : 1577 spalone !

Nowy rekord życiowy na 5 km : 38 min 16 sec

Tempo średnie podczas trasy II Galopady Braci Mniejszych : 07:48 i to jest to co lubimy !

Nie muszę dodawać chyba, że Kapiszon oraz księżna Keja zachowywały się na zawodach bardzo przyzwoicie i kurturowo, a podczas biegu ciągnęły wściekle niczym najchyższy Husky ! Były takie momenty, że musiałam im robić PRRRR niczym kucykom, bo darły naprzód z poświęceniem godnym naśladowania (ja też darłam ! Ale one to już mistrzostwo świata !)

Takim oto pozytywnym akcentem zakończył się tamten tydzień biegowy. Zgodnie z zasadami narzuconymi nam przez regulamin biegacza SmartJack od dwóch dni nie biegamy i objadamy się babeczkami. Psy pożarły po biegu 800 g mięcha z puchy, którą otrzymaliśmy w ramach pakietu sponsorskiego. Także zapanowało rozpasienie ! Ale co tam, byliśmy dzielni, od jutra znów ruszamy na szlak, a co !