Ah, jak dużo czasu już minęło od ostatniego takiego posta. Wiem, piszę je bardziej dla siebie niż dla Was, ale są mi potrzebne do wewnętrznego motywowania się do wyjścia w leśną ciemność przed 7 rano. Musicie jakoś to znieść 🙂

Otóż, jak już wspomniałam w trzech poprzednich postach, udało mi się wrócić do biegania. A ponieważ biednemu zawsze wiatr w oczy, musiałam się rozchorować w parę chwil po wprowadzeniu regularnego treningu. To się nazywa wredność losu. Ale ostatnie dwa tygodnie biegałam regularnie i to zasługuje na małą nagrodę w postaci podsumowania. Lubię wracać do starych postów i wspominać swoje wcześniejsze wzloty i upadki.

Otóż bieganie było dla mnie wyzwoleniem, jak zawsze – zaczęło się w bólach i cierpieniu, skończyło się na cudownym wyrzucie endorfin. W ciągu 2 tygodni zrobiłam 7 treningów, z czego 3 wspólnie z nowymi towarzyszami biegania – psiakami mojej znajomej. Od początku października biegam z nimi raz w tygodniu, po godzince na każdą parę, a jest ich cztery, więc zwykle udaje mi się przebiec około 10 km z przerwą w środku na wymianę „napędu” 🙂  Bieganie z dwoma silnymi, super energicznymi bulterierami znacznie poprawiało moje czasy, oczywiście trochę czasu zajęło, zanim zaczęliśmy biegać „jak ludzie” bez konieczności skakania po biegaczu ubłoconymi łapami przy każdym cmoknięciu.

Ostatecznie jestem super zadowolona z tej współpracy, dzięki bieganiu lepiej poznaje psy, co także przełożyło się na wspaniały debiut na wystawie z jedną z podopiecznych, z którą w niedzielę zdobyłyśmy 1 miejsce i tytuł Zwycięzcy Młodzieży i Najlepszego Juniora w Rasie. Ja poznaję nowe psie temperamenty no i rozwijam się w kierunku, który bardzo mi odpowiada. Ponadto ciągnięta przez psy muszę dawać z siebie więcej, motywują mnie do szybszego, dłuższego biegania, do treningu nawet gdy nie mam na niego ochoty. Po bieganiu z tymi szalonymi zaprzęgami zawsze mam ogromne zakwasy pośladków, co wprawia mnie w doskonały nastrój ( wiem, nie jestem normalna). Także dodatkowy napęd w postaci koksów – czworonogów daje mi mega moc do biegania. A ja to uwielbiam !

Oczywiście nie zaniedbuję też moich piesów, wręcz zauważyłam, że rzadsze treningi dobrze na nie wpływają – Keja nie chudnie, ma ładne okrągłe ciałko i nie muszę jej non stop kluskować, zaś Kapiszon ma już swoje lata i czasem miałam wrażenie, że 4-5 razy w tygodniu po 5 km to dla niego bywało dużo. Teraz wystarcza nam 3 razy i powinno być super. I w ogóle 4 treningi w tygodniu jest dla mnie absolutnie optymalnie, a 5 to za dużo. Jeden duży trening z koksami i 3 spokojniejsze z moimi Smartami. Tak, ładny plan.

Przez te dwa tygodnie przebiegłam 43 kilometry i spaliłam prawie 3500 kcal. Niestety po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej mój organizm zaczął ekstrahować tłuszcz z powietrza, co budzi u mnie wysokie poczucie urażenia. Jestem głęboko rozczarowana swoją wagą, niestety. A teraz jeszcze dopadła mnie choroba, kiedy powinnam trenować do niedzielnego biegu. Nie wiem co z nim, decyzję podejmę jutro, w zależności od tego, jak będę się czuła. Znam już trochę swój organizm i wiem, że najlepsze wyniki osiągam, gdy biegam regularnie, przynajmniej te 4-5 dni z rzędu, a tu taki klops. No nic nie poradzę, choroba nie wybiera…

Ale jakoś jeszcze nie podjęłam decyzji o rezygnacji 🙂

Miłego biegania 🙂