Ja to już nie wiem czy ja obecnie jestem BIEGACZEM czy też już CANICROSSEM, canicrosowcem, czy psim zaprzęgiem 🙂 

14947645_333911226970648_5962336811178881957_n

Ale zacznijmy od początku. Jakiś czas temu, we wrześniu bodajże, zaczęła się moja biegowa przygoda z czterema fantastycznymi psiakami – 3 bulterierami i amstaffem. Ich właścicielka postanowiła nawiązać ze mną współpracę, ponieważ podczas wychowywania uroczego synka nie chce zaniedbywać swoich energicznych psów. Spotkałyśmy się, mieszkamy bardzo blisko siebie. Początkowo poznawałam się z tymi wesołymi pakerami, pierwsze biegi odbywały się z każdym psiakiem pojedynczo. Potem rozwinęłyśmy naszą działalność i poza bieganiem wprowadziłyśmy także jeżdżenie na wystawy. Cristal – najmłodsza bulterierka z całej ferajny – okazała się niezwykle wdzięcznym psiakiem z którym świetnie mi się pracuje, a wspólne bieganie umożliwiło mi poznanie jej bliżej i lepsze prezentowanie na ringu wystawowym, co zaowocowało zdobyciem tytułu Młodzieżowego Zwycięzcy Polski na ostatniej wystawie w Poznaniu. Ale my nie o tym ! Biegamy !

No więc po kilku udanych próbach zaczęłam biegać z psiakami w parach. Mam więc jeden zastęp HARD złożony z żywiołowej Cristalinki i przeinteligentnego, łagodnego amstaffa Ricco. Ta brygada to potrafi ciągnąć ! Drugi zespół to bulterierki Koka i Hera, które reprezentują na razie poziom spokojniejszy. Zaopatrzyłam się w sprzęty (dwójnik z amortyzatorami oraz nerka, która niestety dokonała żywota po miesiącu takiego biegania i pękła, skutkując zakupem profesjonalnego pasa do biegania) i pomału pomału przystosowywałam swoich podopiecznych do wspólnego biegania. 

Początkowo była to totalna szajba. Każdy pies miał swój własny pomysł na kierunek biegu. Zachęcane do ciągnięcia odwracały się i skakały na mnie. Kiedy sprowadzałam je na ziemię zaczynały radosny taniec wygibaniec, obracaniec lizaniec, który kończył się tym, że wszyscy byliśmy kompletnie skrępowani smyczą. Minęło trochę czasu, zanim psiaki zrozumiały, że moje cmokanie to nie zaproszenie do skakania mi na głowę, a ponaglenie do biegu. Bardzo mocno przekonałam się, jak obcowanie z końmi mi wtedy pomogło. Czasem trzeba było szybko zareagować, jednego psa za smycz przytrzymać, drugiego podnieść jedną ręką i odplątać, nie zważając na to, że jego paszcza z wielkim namaszczeniem dokonywała sprawdzenia drożności moich kanałów słuchowych 😉 Te psy są na prawdę silne i było kilka sytuacji, kiedy miałam wrażenie że mam na drugiej smyczy nie psiaki, ale konia pociągowego, który na dodatek ma pazury i chce nimi wydrzeć wszystkie korzenie jakie staną mu na drodze.

Po miesiącu takiego biegania opanowaliśmy już to i tamto. Bieganie raz w tygodniu z obydwoma zestawami szybko przerodziło się w bieganie dwa razy w tygodniu. Mogłam się zdecydować albo na 2 godziny 2 razy w tygodniu, albo na 1 godzinę 4 razy w tygodniu. Po wielu perturbacjach i przemyśleniach doszłam do wniosku, że 4 razy w tygodniu będzie łatwiej. Po prostu za szybko robi się ciemno, po pracy wracam zmęczona, zjadam obiad, po którym marzę tylko o tym aby SPAĆ. Rano obecnie jest jeszcze nieźle, w okolicy godziny 6.30 zaczyna być widno, ale 2 godziny biegania przed pracą skończyłoby się mimowolną drzemką nad kubkiem herbaty. Stanęło więc na weekendach i dwóch porankach w tygodniu. 

HOLA! A co z moimi Smartami? Nie martwcie się, one były i zawsze będą moim priorytetem. Otóż gdy powstał pomysł zwiększenia ilości biegów bullowych, ustaliłyśmy z bull-właścicielką, że czas połączyć nasze stada. Ponieważ Keja już dawno „ustawiła” sobie Cristal podczas wystawy w Poznaniu, pierwszy krok był już za nami. Pozostało tylko wtajemniczyć Ricco i Kapiszona. Pierwsze bieganie to był prawdziwy TERROR Jacków na Amstaffie i Bulterierze. Serio. Te małe gnojki przyjęły sobie za punkt honoru wylizanie doszczętnie zaślinionych mord swoich nowych czworonożnych kolegów. Ponieważ Jacki biegały luzem, mój zaprzęg był non stop atakowany i wybijany z rytmu przez dokuczające małe upierdliwe łaciaty. Cierpliwość, jaką wykazał się Ricco oraz Cristal zasłużyły sobie na medal. Nigdy nie pomyślałabym, że psy takich ras, które uznawane są za niebezpieczne, zniosą powarkiwania, podgryzania, podpuszczania do bójki i upierdliwość, z jakimi spotkały się podczas tamtego biegu. One po prostu to olały. Robiły swoje. Na następnym bieganiu było już lepiej, a moje Smarty przyswoiły komendę „naprzód” oznaczającą „odczep się od mojego zaprzęgu i biegnij przodem”. Dodatkowym plusem takich zajączków w postaci małych piesków jest większa motywacja Koki, która z racji swojej puszystości po 3 km zwykle opada z sił i jej entuzjazm opuszcza nas na kolejne 10 minut. Problem zniknął od kiedy ma motywację dogonić króliczka.

Na czym więc stanęło? Dwa biegi w weekend, dwa w tygodniu nad ranem. Wszystkie cztery psiaki koleżanki zaakceptowały moje małe upierdliwe skunksy, więc nie muszę już biegać z nimi oddzielnie. Zastanawia mnie tylko jaką osiągnę formę, kiedy większość czasu ciągnie mnie maszyna mięśni, a ja tylko przebieram nóżkami? Moje ciało odpowiedziało samo – ZAKWASAMI. NA POŚLADKACH. JEST SUPER! 

Trzeba będzie wpleść od czasu do czasu jakiś trening bez napędu, bo przecież jak pobiegnę w tych wiosennych biegach, jak przyzwyczaję się do takiego dodatkowego motorka? Na razie o tym nie myślę – upajam się radością, że łączę przyjemne z pożytecznym – a od kiedy wróciłam do słuchania audiobooków w czasie biegania – mam combo idealne.

Bieganie, psy, książka, świeże powietrze, trochę kasy też wpada. Czy to nie układ idealny ???

Ilość kilometrów : 27.73 km podczas 5 treningów