W minionym tygodniu biegało mi się SUPER ! Była ładna pogoda, sympatyczna aura, pieski były grzeczne jak aniołki. Bieganie wprawiało mnie w doskonały nastrój, zrobiłam trochę kilometrów. Pierwszego dnia jednak mocno bolały mnie piszczele w czasie biegu, więc solennie obiecałam sobie poczytać trochę w tym temacie i przyłożyć się wreszcie do rozciągania.

Oczywiście od dawna wiedziałam, że powinnam się rozciągać przynajmniej po treningu, ale jakoś nigdy mi się nie chciało. Po lekturze paru artykułów o kontuzjach, obiecałam sobie zmienić nastawienie do tego typu ćwiczeń. Kończę więc bieg przynajmniej 100 metrów przed „metą”, czyli najczęściej samochodem zaparkowanym w lesie lub domkiem. Przez te ostatnie kilka metrów przyciągam kostki do tyłka, robię wypady, pogłębiam i naciągam i rozciągam. Już widzę pozytywne efekty. Mniej bolą mnie piszczele i mięśnie łydek podczas biegania. Nie nastąpił nawet efekt dnia trzeciego, kiedy to najczęściej biegam jak przetrącony zając. Nie odczuwam też wielkiego zmęczenia, na które skarżyłam się jeszcze dwa tygodnie temu. To wszystko składa się na wielkie zadowolenie z siebie.

Postanowiłam także kupić obciążniki na ręce, aby trochę je wzmocnić. Niestety zafundowałam sobie zbyt ciężkie opaski – jak mój Pan Mąż zobaczył jak przymierzam się do biegania z półkilowymi taśmami na ręce to mnie nieźle zrugał, powołując się na swoich kumpli co przez pół roku biegali z obciążeniem 0,25 kg zanim zaczęli korzystać z cięższych. A to dziarskie chłopy były! W artykule ze strony Trening Biegacza, który znajdziecie tutaj : KLIK polecają dla kobiet ciężarki nie większe jak 0,3 kg. No więc będę musiała moje oddać. A takie śliczne są, turkusowe, z dziurką na kciuk… No ale przeginać nie wolno – co mi przyjdzie z nowego sprzętu, jeśli zaraz go porzucę w kont… Poszukuję więc dalej czegoś, co będzie zgrabne, ładnie wyglądające i 0,25 kg ważące.

Zaczynam już naprawdę nieźle orientować się w tych moich leśnych terenach. Było sporo miejsc, z których zaczynałam odkrywać swoje trasy. Biegam najczęściej po kwadracie i na czuja. W tym tygodniu niejednokrotnie orientowałam się że oto jestem w znanym miejscu, że kojarzę ten zakręt czy rozwidlenie. Bardzo mi się to podoba, bo wiem już jak w szybkim czasie znaleźć się na ulubionych terenach. W cieplejsze dni chętnie wybieram trasy umieszczone wzdłuż szkółek, gdzie pięknie rozpościera się leśna przestrzeń i widać ładnie niebo i słońce. A jeśli jest wietrznie, wolę zaszyć się w gęstsze lasy. Mam kilka brzozowych ścieżek na których wychodzą ładne zdjęcia na Insta. Kilka razy wypadłam na ścieżkach, którymi kiedyś jeździłam konno w tereny, gdy jeszcze pracowałam jako instruktor i miałam własnego wierzchowca. Kapiszon mi wtedy towarzyszył. Taki przebieg dawną trasą, gdzie galopowałam, przeskakiwałam małe kłody, czy po prostu cieszyłam się z obcowania z koniem i przyrodą, wprawiają mnie w nostalgiczny nastrój. Oczywiście, tęsknię za tamtymi terenami. Było cudownie, teraz też jest cudownie, tylko że własne nogi mnie niosą.

Podsumowanie tygodnia :

Ilość treningów : 4

Ilość kilometrów : 23,58 km

Czas biegania : 3 g 53 min

Ilość spalonych kalorii : 1889 kcal (czyli tryliard)

Rekord w rozciąganiu pośladków ustanowiony.

No i oczywiście BRAWO MY. Niestety dochodzą mnie już wieści, że nie będę miała możliwości uczestniczyć w lutowym Biegu na sześć łap w naszym bydgoskim schronisku, bo wypada mi wyjazd… Ale spokojnie. Będą następne miesiące. Chociaż trochę mi żal, bo w zeszłym miesiącu byłam zachwycona bieganiem z Romanem 🙂