To już siódme tygodniowe podsumowanie, ależ ten czas leci !

Niestety muszę skonstatować, że jak na siedem tygodni regularnego biegania nie jestem jakoś zadowolona z efektów, których generalnie brak. No biegam sobie ładnie. Jak się w weekend nażrę różnych niezdrowności, to biega mi się gorzej, jak odmawiam kolacji, to lepiej. Ale czas nie poprawił się tak, jak liczyłam. Myślałam, że po dwóch miesiącach będę już się zamykać poniżej 9 minut na kilometr, niestety w gorsze dni bywa nawet 11 minut/km, co zawsze traktuję jak dużą porażkę i toleruję tylko w tzw. „trzeci” dzień. Czasem biega się słabo, niestety. Czasem lepiej, wtedy czasy zamykają się poniżej 9,30 min/km. To tyle jeśli chodzi o narzekanie…

W zeszłym tygodniu biegało mi się znowu mega ciężko. Najadłam się całej masy BARDZO niezdrowych rzeczy. Byliśmy na Festiwalu Pizzy w Pizza Hut, z którego wyszłam chyba o 2 kilo cięższa. Nie czuliśmy się po tej wyprawie komfortowo. Ponadto zaraz po tym obżarstwie udałam się do optyka, który przedstawił mi smutną prawdę – muszę nosić okulary. Już w środę odebrałam moje nowe dwie pary gogli. Nie, jeszcze w nich nie biegałam, bo zawsze rano o nich zapominam, ale jutro to się zmieni. Poza trudnym bieganiem w poniedziałek po obżarstwie, miałam wielkie zakwasy w środę i biegłam jak rozleniwiony słoń w ciąży bliźniaczej. We czwartek nastąpił spadek motywacji. Zgodnie z moim przewidywaniem, pięć treningów biegowych to dla mnie za dużo. Dlatego zdecydowałam się na rower – robię więcej kilometrów w krótszym czasie, dzięki czemu psy są porządnie wybiegane, a ja mogę „uszczknąć” trochę więcej czasu na poranne przyjemności np. 15 minut przytulania do Pana Męża. Wszyscy są zadowoleni !

Nie spodziewałam się, że 7 km na rowerze tak bardzo da mi w kość. Pewnie niemądrze zrobiłam, że zapuściłam się na leśne ścieżki, obfite w górki, korzenie i kopne piaski, przez które pedałowałam sapiąc jak lokomotywa. To właśnie zadyszka była najgorsza i bardzo wkurzająca. Także uda paliły mnie mocno. Ale najbardziej bolał tyłek. Następnego dnia oczywiście. Podziwiam ludzi, którzy codziennie trenują jazdę na rowerze – mam wrażenie, że nawet najwygodniejsze siodełko jest krzywdzące dla naszych narządów płciowych. Ale raz w tygodniu powinno być w sam raz. Jestem zadowolona z takiej odmiany, dzięki temu nie tracę motywacji do biegania, spełniam obowiązek wobec piesków i bądź co bądź, trochę się jednak ruszam.

W czwartek czułam się już całkiem nieźle i bieganie znowu przynosiło mi dużo przyjemności, a w piątek było już naprawdę super – nie odczuwałam bólu w okolicach piszczeli podczas biegania, co zdarza mi się niestety w „gorsze” dni. Pogoda była różna – od mroźnych poranków, po wiosenne śpiewy ptaków. Lubię różnorodność pogody, choć oczywiście najsmutniej biega się przy zasnutym niebie. Wracając jeszcze na chwilkę do rowerowania, to w tym tygodniu postaram się zrobić rower właśnie w ten felerny trzeci dzień, co pozwoli mi oszukać mięśnie i uniknąć utrudnień w postaci zakwasów. Mam taką nadzieję.

Podsumujmy : 

Ilość treningów : 4 plus 1 x rower ( 7 km / 40 min)

Ilość przebiegniętych kilometrów :  19,64

3 h 22 min 55 sec biegania 

Przez cały luty przebiegłam : 

81,41 km w 13 h 35 min spalając 6466 kcal ! 

Pozostały 2 tygodnie do pierwszego biegu z serii Biegowe Cztery Roku w Bydgoszczy. 13 MARZEC będzie obfity w propozycje, bo jest w tym samym terminie także Bieg na Sześć Łap w Bezdomniakami z bydgoskiego schroniska. Nie mam pojęcia na który bieg mam się zdecydować, co bardzo mnie denerwuje. Tak czy siak chciałabym popracować nad czasami, a to oznacza, że trzeba wreszcie przestać wsłuchiwać się w swoje ciało, a zacząć narzucać mu swoją wolę. Taki jest plan, bo nie zamierzam dobiegać jak ten ostatni ślimor na metę, kiedy impreza będzie dawno skończona, a cała grochówka zjedzona ! 12 marca mamy też wystawę w Chocieniu, więc to będzie generalnie pracowity weekend. Za tydzień zdecyduję, który bieg zrobić. Oczywiście chciałoby się oba 🙂