12819404_946519042091934_8102055060907280270_o2

Kurcze jestem już chyba przykładnym biegaczem! Wniosek ten wysnuwam z kilku przyczyn :

  1. Codziennie rano wstaję i idę biegać (tzn. w tygodniu)
  2. Codziennie rano wstaję i idę biegać i nie szukam żadnych wymówek
  3. Codziennie rano wstaję i idę biegać i nie robię tego z obolałą miną
  4. Codziennie rano wstaję i idę biegać i wciąż mi mało biegania
  5. Codziennie rano wstaję i idę biegać, lubię to robić i sprawia mi to przyjemność
  6. Codziennie rano wstaję i idę biegać, teraz już o 1,5 h wcześniej niż kiedyś, bo chodzę do pracy.
  7. Codziennie ! Już 50 regularnych treningów !!!

Jeśli chodzi o miniony tydzień to mieliśmy pełen przekrój pogody – od śniegu, po deszczową pogodę, po wiosenne przebudzenie. Bardzo zaskakujące było dla mnie bieganie w śniegu i mżawce. Wcześniej, jeśli pogoda była naprawdę koszmarna, w ogóle rezygnowałam z treningu. W tym tygodniu często mżyło i siąpiło. Nie przeszkodziło mi to jednak w treningach. Owszem, kurtkę miałam mokrą, wyglądałam jak szczurek wyciągnięty z Bałtyku w styczniu, moje buty i nogi do kolan były upstrzone grudkami błota, ale jakoś biegałam, nie zwracając na to większej uwagi. Jedyną niedogodnością był brak możliwości biegania w okularach – podczas deszczu zwyczajnie parowały, zachlapane kroplami.  Niestety warunki wpływają mocno na moje samopoczucie i odporność, szczególnie, że w moim biurze jest chłodno. Skutek jest taki, że niestety, czuję się nieco osłabiona, bardziej zmęczona wieczorami, chodzą mi dreszcze po plecach. Ale na szczęście dziś, poza wizytą w u weterynarza na „psim przeglądzie” i wizycie w stajni, mogłam spędzić kilka godzin zakopana pod kocem oglądając stare filmy i czytając. Wygrzałam się porządnie, a i psy się do tego przyczyniły 🙂 Mama dopingowała mnie gorącą herbatą z cytryną i miodem a tata wybornym koniaczkiem. No i nie daję się chorobie.

Ilość przebiegniętych kilometrów : 20,84

Ilość treningów : 4 plus 1 x rower 6,70 km

Spalonych kalorii : 1636 kcal

Długość biegania : 3 h 32 min 23 sec

Wybieganie psów stanowczo staje się nałogiem, zarówno dla dwunogów jak i czworonogów. 

A jeśli chodzi o ten rower… Nie miałam wcale dobrego pomysłu, aby uruchamiać go w „trzeci” dzień. Nie tylko nie rozruszałam zakwasów, ale ponadto je zastałam. W czwartek myślałam, że umrę, wyzionę ducha, nogi mi odpadną. Łapały mnie takie skurcze w łydkach, szczególnie – o dziwo – w zewnętrznej stronie łydek. Paliło tak mocno, że pierwszy raz miałam wrażenie, że nie dam rady dalej biec. Ale podziałała stara zasada – obiecałam sobie, że jeśli po 2,5 km nie przestanie boleć, to przejdę do marszu (który, swoją drogą nie byłby wcale wolniejszy niż mój trucht). Mobilizacja podziałała, a ból zelżał już po drugim kilometrze. Ponieważ jednak znowu większość treningów była dla mnie ciężka i trudna, bogata niestety w bóle nóg podczas biegania i odczuwalne zmęczenie mięśni podczas wieczornego czytania w łóżku, zaczęłam się poważnie zastanawiać nad sensem mojego planu treningowego. Owszem, teraz sporo się zmieniło, biegam codziennie z przerwą na rower, zawsze w okolicach 5 km. Oznacza to, że trening jest monotonny, może mięśnie nie mają czasu na regenerację, albo robię za dużo treningu bez przerw lub różnorodności. Może powinnam biegać jednego dnia np. 3 km drugiego 7-8 i starać się wprowadzić coś na kształt interwałów dniowych. Ale dla mnie 3 km to za mało, bo dopiero puszcza mnie ból, a do 7-8 znowu rano nie starcza czasu. Może trzeba się zmotywować i wstawać wcześniej. Albo przeboleć, bo ponoć organizm do wszystkiego się przyzwyczaja. Na razie nie zamierzam jednak zmieniać niczego, ponieważ liczę, że to tylko efekt przyśpieszonego przesilenia wiosennego i mojej obniżonej odporności i formy. Taką mam nadzieję, bo generalnie bardzo odpowiada mi taki tryb treningów i wolałabym go nie zmieniać. No, może ambitnie chciałabym raz w tygodniu zrobić te 8 km. Ale nie mam jeszcze pomysłu w który by to mogło być dzień.

Zdecydowałam już także na który bieg w przyszłym tygodniu się wybiorę. Postawiłam na Bieg na sześć łap – bo bieganie z psami  to mój największy motorek. I boję się rywalizacji, nie jestem gotowa do tego, aby dobiec na metę jako ostatnia i się tym nie przejąć. Poza tym liczę na znajomych, którzy będą mi towarzyszyć w schronisku, a których namawiam już chyba 1,5 miesiąca na to wydarzenie 🙂 Więc postanowione – w sobotę wystawa, w niedzielę Bezdomniaki. Już się cieszę <3