Ilość przebiegniętych kilometrów : 23,71 km

Czas biegania: 3 g 41 minSpalone kalorie : 1542 kcal

Ilość treningów : 3 plus 1 x rower plus 1 x ZAWODY 

12189200_950881414989030_8689395210952778900_o

Przejdźmy do relacji z Wiosennego Przebudzenia – pierwszego z czterech Biegowych Pór Roku organizowanych w Bydgoszczy pod hasłem : ZaDyszka Bydgoska (wydarzenie na FB : KLIK )

Moja decyzja odnośnie do startu w tym biegu padła w piątek, kiedy odwołali Bieg na 6 łap z Bydgoskim Schroniskiem. Nie powiem, bardzo żałowałam, ponieważ nastawiłam się na bieganie z moim kumplem Romanem 🙂 A ponadto zapisy na bieg w Myślęcinku już zostały zamknięte. Na szczęście w dniu startu sprzedawali jeszcze pakiety startowe, więc pojechałam wcześnie rano do Biura Zawodów i zakupiłam. Nastrój miałam bardzo optymistyczny, po wczorajszym występie na IV Zimowej Krajowej wystawie w Choceniu, na której wraz z Keją zajęłyśmy III miejsce na 8 suczek w  naszej kategorii ( a konkurencja była groźna, zapewniam !). Codziennie biegam taki dystans, jaki miałam do przebiegnięcia na zawodach, potrafię też bez problemu przebiec i 8 i 10 km. Byłam więc spokojna. Wyobrażałam sobie, że na pewno dobiegnę w ogonku i nie przerażało mnie to wcale. Grunt to dobre nastawienie. 

Pół godzinki przed biegiem stawiłam się w Myślęcinku. Trochę dziwiły mnie stroje niektórych Panów (krótkie spodenki, krótkie rękawki !), ale przezornie sama ściągnęłam jedną bluzkę z siebie, bo coś mi mówiło, że mogę się zgrzać znacznie bardziej, niż się spodziewam. Jakiś super Pan Mistrz biegów przeprowadził rozgrzewkę i ustawiliśmy się przed startem. Zgodnie z sugestiami, jako pokorny ślimaczek ustawiłam się w końcu stawki, mając jednak przekonanie, że zawsze mogę kogoś wyprzedzić. Start przeszłam, bo ludzi było naprawdę sporo i trochę się kotłowaliśmy w tym wąskim przejściu. No i biegłam. Kolorowy tłum leciał w dość mocnym jak na mnie tempie, więc bez większego żalu zostawałam coraz bardziej z tyłu. Biegliśmy po nierównym terenie, oznakowanym taśmami. Trawa była chwilami tak poorana, że trzeba było uważać, aby nie skręcić kostki. A ja nadal biegłam znacznie szybciej niż mogłam sobie na to pozwolić. Zadyszka i gorąc uderzyły. Ściągnęłam chustkę z szyi aby się schłodzić. Minął mnie Pan, który biegnąc pchał terenowy wózek z dzieckiem. Minęły mnie babcie i dziadkowie, generalnie minęli mnie wszyscy. To był naprawdę czarny moment biegu. A byłam dopiero na 1 kilometrze. Czułam na plecach wzrok Pana na rowerze, który pilnował bezpieczeństwa. Miałam wrażenie, że czeka jak sęp, kiedy wreszcie najsłabsze ogniwo padnie i będzie można je pożreć. Ból w nogach był straszny, nie mogłam uspokoić oddechu, pot lał się po plecach, nie mogłam zrozumieć, co powoduje, że tak źle biegnę. Czarne myśli uderzyły mi do głowy – zrozumiałam, że jest naprawdę źle i już na pewno nikogo nie dogonię. Gorzej już być nie mogło. Nie obawiałam się, że nie ukończę biegu, ale boleśnie zrozumiałam, jak daleka jestem od „prawdziwego” biegania. Wydawało mi się, że dwa miesiące codziennego truchtania przyniosą jakieś rezultaty, okazało się, że nie wystarczy treptać w dogodnym dla siebie tempie kontemplując przyrodę. Tutaj były zawody, a ja zostałam daleko za najdalszymi szarakami. Chciało mi się ryczeć. I wtedy dobiegłam do górki. Górka była cała ubłocona, przeryrana przez te 500 osób, które biegło przede mną. Ale grunt to nie maszerować, MUSIAŁAM kurna biec. Ślizgałam się po błocie, ryrałam glebę pazurami, żeby się nie wywrócić i nie zjechać na dupie na dół. W końcu byłam na szczycie i zaczął się zbieg, w którym po prostu przebierałam nogami, dając się nieść swojemu ciału. Nie było to bezpieczne, ale byłam tak zmęczona, że hamowanie wydawało się niemożliwe. Wolontariuszy na trasie było naprawdę dużo, na każdym zakręcie stał ktoś, kto starał się mnie dopingować, albo odwracał wzrok, bo cóż tu było do dodania, takiej wlekącej się ciamajdzie. Zaczęłam planować ucieczkę. Przecież nie mogłam dobiec na metę jako ostatnia, najostatniejsza, w dodatku jakieś milion lat świetlnych po całym szpalerze. Wystarczyłoby zerwać karteczkę z numerem, którą jeszcze 20 minut temu z taką dumą przypinałam do piersi. 20 minut, dwa kilometry. Podejrzewałam, że Panowie w krótkich gaciach już od dawna są na mecie i zajadają zasłużoną grochówkę (nie myliłam się, zwycięzca dobiegł w 18 minut !!!) Gdybym pozbyła się dowodów, mogłabym dać szagę przez krzaki i dostać się niepostrzeżenie na inne ścieżki, którymi dotarłabym cichaczem do samochodu. Nie musiałabym mierzyć się z tymi ostatnimi mozolnymi kilometrami trasy, którą widać było z mety. Ale to już byłby skandal, wzięłam udział, to musiałam wytrzymać do końca. Z resztą czułam na sobie baczny wzrok Pana na rowerze, który musząc wlec się za mną przejrzał już pewnie całego Facebooka na telefonie. Jeśli miałam być ostatnia, to widocznie tak musi być, ale nie dam nogi jak jakiś wstrętny tchórz. Bałam się, że ktoś pomyśli, że zaraz tutaj umrę i wezwą do mnie karetkę. Wcale bym się nie zdziwiła. Ale moje nóżki, jak to zwykle po 2 kilometrze, odzyskały jako taką sprawność, zaczęłam więc nimi przebierać nieco szybciej. W głowie układając już sobie żarciki do tej notki, minęłam napis 3 km, potem minęłam i 4 km. Wstyd mi było, że biegnę tak wolno. Pan przez mikrofon, gdy zobaczył mnie i Pana na rowerze, ogłosił, że zamykamy stawkę, co nie oznacza, że jestem ostatnia. Nie powiem, dodało mi to otuchy i z większym jeszcze zapałem zbliżałam się do mety. Mijali nas uśmiechnięci biegacze z medalami na szyjach, którzy dawno już zjedli grochówę i uciekali do domów. Ale byli dla mnie sympatyczni, wymieniali, jak niewiele metrów już mi zostało, żebym biegła do końca. Finisz, którego tak się bałam i wstydziłam, wcale nie był taki zły – wybiegł mi na przeciw Pan Trener i dotrzymał mi towarzystwa na ostatnich metrach, gdzie dawałam z siebie wszystko, nie przejmując się już wcale że leci mi z nosa, mam twarz koloru pieczonego buraka i łzy w oczach.

Wszyscy podeszli do mojego finiszu bardzo sympatycznie, ktoś już wieszał mi na szyi medal, ktoś inny podawał wodę, Pan z mikrofonem pytał, jak mi się biegło (cóż można powiedzieć w takiej chwili ?), inny Pan robił zdjęcia. Emocje jakie towarzyszyły mi w tej ostatniej walce na ostatnich 200 metrach rekompensowały w 100 % mojego doła, jakiego zaliczyłam gdy zrozumiałam, że naprawdę będę ostatnia, czyli między pierwszym a drugim kilometrem. Byłam szczęśliwa, zziajana, dumna z siebie, że nie uciekłam jednak przez te krzaki do domu. Uśmiech nie zszedł mi z twarzy dobre pół godziny. W stajni powitała mnie Wiktoria, która, jak zwykle wykazała się dużym zrozumieniem dla mojego specyficznego poczucia humoru. A w domu wypiłam kakao i spałam przez 4 bite godziny. Moje zmęczenie bardzo mnie zdziwiło, owszem, wykręciłam najlepszy czas w swoim życiu, którym wstydzę się chwalić, ale i tak to zrobię, bo wstydzić bym się mogła, gdybym dała dyla w te krzaki. 46:58, 5 km. 

12814575_902033846583747_7848527368109188339_n2

Ostatecznie jestem zadowolona, że pobiegłam. Przekonałam się, jak wiele jest jeszcze przede mną, zanim będę mogła naprawdę uważać się za biegacza. Ale nie demotywuje mnie to, będę biegać dalej, może nawet zmobilizuję się do zrobienia jakiegoś katorżniczego szybkościowego treningu w tygodniu, kto wie? Jednak moje ciało, choć przyzwyczajone do jednostajnego truchtu, stawiało mi mocny opór. Kolejne zawody? Pierwsza myśl – NIE MA MOWY! Druga myśl – nigdy nie mów nigdy. Zawsze mogę dopiec ostatnia – mam już wprawę. Ale jak to mówił Pan z mikrofonem, jak już się jest ostatnim, to i tak się wygrywa walkę z samym sobą. I tak też dzisiaj walczyłam. No i wygrałam !

1915058_902021576584974_5912297482341698104_n

PS. Tak sobie wspominam opowieść mojego taty, jak pierwszy raz startował w regatach. Dopłynął przedostatni, tylko dlatego, że ten, który był ostatni złamał maszt. To pocieszające, prawda? 🙂

*Zdjęcia pochodzą z funpage wydarzenia : LINK