W naszym psim życiu zapanowały nowe rządy, bo w domu naszym zamieszkała dama Keja. Na fali wspomnień siedzimy z Kapiszonem i żegnamy kawalerskie czasy. Nasza codzienność była obfita w przygody i dużo ruchu na świeżym powietrzu, Kapiszon próbował wielu moich ulubionych sportów, towarzyszył mi w każdym dniu i w każdej niemal aktywności. Powspominajmy, jak wyglądała nasza codzienność z jednym psem.
86096994

Pies w stajni.
Kapiszon od szczeniaczka jeździł ze mną do koni, nawet gdy był taki okres, kiedy wstawałam o 5 rano, żeby o 6 już wsiadać, a resztę dnia spożytkować na pracę i uczelnię. Mały Kapi przeżył z moją ówczesną kobyłą Armanią swoje pierwsze stajniowe wzloty i upadki. Zaczynaliśmy od wiązania go na smyczy do płotu, kiedy ja jeździłam. Szybko zaniechałam tego pomysłu, bo darł się jakby go obdzierano ze skóry. Puszczałam go więc luzem. Szybko się nauczył jak koegzystować z końmi, ganiał się z nimi po pastwiskach, latał ze mną w samotne tereny do lasu. Jak był młodszy uwielbiał przeszkadzać mi lonżowaniu – każde moje cmoknięcie lub pogonienie konia głosem kończyło się ze strony Kapiszona dziką szarżą z jazgotem w stronę końskiego zadu. Nie powiem, popędzało to konia dużo lepiej niż bacik, ale szybko wyperswadowałam chłopakowi takie pomysły. Jeździł ze mną także na obozy jeździeckie jako pomocnik instruktora (w sensie on pomocnik, ja instruktor). To były czasy notorycznego tarzania się w zdechłych żabach, których niezliczone ilości znajdował przy stajni. Ten zapach prześladuje mnie do dziś. Dzięki kontaktom z końmi Kapiszon nauczył się pływać. Dopiero, kiedy zobaczył pływającego konia uwierzył w siebie i też spróbował, wcześniej wchodził tylko do jajec i ani kroku dalej. Teraz jest prawdziwym wodniakiem i nie odpuści sobie żadnego zbiornika wodnego. W stajni także Kapiszon jada swoje ulubione specjalitety, mianowicie końskie bobki zagryzione świeżo odciętymi ścinkami z kopyt. Są to rarytasy dla bardzo wysublimowanych podniebień, czego my, prości ludzie, nigdy nie będziemy w stanie pojąć naszymi ułomnymi zmysłami.

DSC_1075

Sesja zdjęciowa więc i Kapi musi być !

103_1132

Ganiam się z koniem.  Z 600 kilogramowym koniem.

DSC_0270

Ty, koń, tylko nie zasłaniaj mi słońca, ja tu robię opaleniznę !

DSC_0019

Ty mama sobie pracuj a ja będę kontrolował.

90168647

Początki wyjazdów do stajni. Pies nieszczęśliwy i chyba ma wrażenie, że ktoś mu dyszy w kark.

Pies na żaglach .
Gdy Kapi pierwszy raz miał wejść na pomost, to wyglądał jak galaretka nabita na cztery połamane zapałki. Zielonego koloru. Ale był już prawie rocznym piesem i wiedział, że jak pańcia mówi „choć” to nie ma przebacz, a iść trzeba. Z dużą dozą zaufania do mnie dał się załadować na żaglówkę. I tak poszło, z czasem zaczął się poruszać po pokładzie, starając się być zawsze jak najbliżej mnie. Potem nabrał pewności siebie i do teraz maszeruje wzdłuż jachtu, zwiedza sobie dziób, skontroluje co się dzieje na rufie, zwinie się w kłębek na deku i wygrzewa się w słonku. Do tego stopnia przestał obawiać się jachtu, że już dwa razy się zdupił do wody, czyli mówiąc wprost wypadł za burtę. Raz stał na burcie czekając aż jacht zbliży się do pomostu, a wtedy część załogi też przeszła na tą burtę, powodując przechył. Mały stracił równowagę i pac do wachy. Tata chciał go wyciągać bosakiem, mama trochę się denerwowała, chciała skakać, a Kapi roztropnie obrał kurs na ląd. Byli już w porcie, więc musiał przepłynąć zaledwie kilka metrów. Szkoda, że nie było mnie przy tej sytuacji. Kapi nauczył się, żeby nie wychylać się zanadto, nawet kiedy pomost wydaje się już tuż tuż. Ale …szybko zapomniał. Bo już rok później, w bardzo podobnej sytuacji znowu zaliczył niespodziewaną kąpiel. Ja stałam z cumą, mieliśmy „podejść na jajeczko”, niestety jacht zatrzymał się niecały metr od pomostu. Postanowiłam skoczyć, Kapiszon chyba też, tylko jakoś w połowie drogi się rozmyślił. Ja usłyszałam chlust, Kapi jak zwykle po nurkowaniu pływał w kółko machając łapami i chlapiąc bez opamiętania. Złapałam go za karczycho i wyciągnęłam. W ogóle się nie przejął, bo już po chwili bansował na granicy pomostu hipnotyzującym wzrokiem gapiąc się w spławik pana wędkarza. Kapi uwielbia łowić, tylko on potrafi z takim zacięciem obserwować spławik, czasem nawet gapi się po 20-30 minut bez przerwy, drżąc z emocji i nawet nie mrugając…

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Ty Pańcia, nie wieje…

DSC_0549

Płyniemy obejrzeć zachód słońca…

DSC_0375

Lubię też pływać kajakiem. Bardzo.

Pies i bieganie 

Od niedawna biegamy razem po lesie, codziennie uwieczniamy się na Insta. Kapiszon wprost uwielbia poranne przebieżki, daje mi też motywację do wyjścia na trening. Najczęściej biega luzem, ponieważ nie mam żadnego problemu aby go odwołać, nawet jeśli wpadnie między nas sarna, jak w zeszłym tygodniu. Kapi całe życie zasuwał bez smyczy, kiedyś nawet jeździłam rowerem po bocznych osiedlach Torunia, a on sunął przy mojej nodze bez smyczy. Teraz nie uważam, aby to było mądre postępowanie i puszczam go luzem gdy jestem na rowerze tylko w lesie. Moje psisko poranne bieganie traktuje jak rozgrzewkę przed kompletnym ŚWIREM, jakiego odstawia po powrocie z treningu. Wtedy to trzeba strzelać dzikie rundy z podkulonym ogonem po ogrodzie, mieszkaniu, pralni, podjeździe i pod samochodami. A najchętniej na śliskiej podłodze w domu, między nogami zbulwersowanych, ale i roześmianych, domowników. Po wysiłku fizycznym wstępuje w niego jakiś diabeł, który wsadza mu jakiś pieprz pod ogon. Podczas leśnych biegów Kapi większość czasu biegnie ok. 10 metrów przede mną, oglądając się czasem, czy nadążam. Zdarzają mu się też wypady parę metrów wgłąb drzew, skacze wtedy na czterech nogach jak sarna w wysokiej trawie.


Pies i rower
Jak już wcześniej pisałam, kiedyś rowerowaliśmy się po mieście. Mam też specjalny transporter mocowany do kierownicy, w którym Kapiszon może jechać, gdyby się zmęczył. Zabieramy go na wszystkie, nawet najdłuższe wycieczki, bo jest bestia niebywale wytrzymała, a w najgorszym wypadku może jechać w transporterze. Kiedyś zrobił z nami ok 50 km, tylko co jakiś czas dając się załadować do koszyka, bo jechaliśmy asfaltem, jednak był mocno urażony taką formą transportu. Przekonywałam go do siedzenia w nim nawet energetycznymi ciastkami dla psów aktywnych, ale on zdecydowanie marzył tylko o tym, aby już móc BIEGAĆ. Oczywiście bieganie przy rowerze ma trzy fazy : pierwsza faza – biegnę jak dziki 10 metrów przed rowerem. Faza druga – biegam wszędzie, wącham wszystko, nie ścigam się już, jestem raz z przodu, raz z tyłu, ogarniam ! Faza trzecie : łep spuszczony i trucht za tylnym kołem. Znaczy paliwa brakuje i zmęczenie łapie. Wtedy koszyk staje się przyjacielem, a psiun zapada w drzemeczkę.

#mornings #bike #jackrussellterrier #jackrussell #sport #cold #winter Pańcia wróciła trzeba będzie są poruszać🐻

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @smartjack.pl


Pies i samochód
Kapi bardzo dużo jeździ samochodem. Jeśli wyjeżdżam do miasta na trzy godziny i wiem, że większą część tego czasu spędzę klucząc od punktu do punktu, to zawsze biorę go ze sobą. Nie lubi zostawać sam, jak z resztą każdy pies. Niczego nie niszczy ani nie robi jazgotu, ale jest smutny, a jego smutna mina potrafi złamać moje najtwardsze postanowienia. Ma swoje posłanie za siedzeniem pasażera, gdzie kładzie się na boku i zapiera łapami, zeby nie rzucało nim podczas moich szalonych manewrów. Papi potrafi na komendę „do wozu” wskoczyć sam do auta jednym susem, sam też opuszcza pojazd poproszony o to. Kiedyś nienawidził jeździć, teraz, gdy widzi, że biorę torebkę wybiega ze mną i „parkuje” przy swoich drzwiach od samochodu.

#kapiszon #jackrussellterrier Więziemy stare koce i pościele do bydgoskiego schroniska. Aby było psiakom ciepłej💜

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @smartjack.pl


Pies i szkolenie
Staram się codziennie poświęcić trochę czasu na ćwiczenia – nowa sztuczka, powtórzenie tego, co robiliśmy wcześniej, przeciąganie się i szarpanie, znowu trochę nauki. Lubimy sztuczki, Kapi jest mistrzuniem moim, jedyną rzeczą, z którą z przerwami borykamy się już dobrych parę lat to jest aportowanie. Mój Jack Russell kocha aportować, ale tylko w jedną stronę, aportu przynosić mi nie lubi i jesli chcę się porządnie z nim wybawić i dac mu pole do polatania, to muszę zaopatrzyć się w dwie zabawki – jedną rzucać, gdy drugą niesie. Patyki są największym i najbardziej drogocennym dobrem tego świata, a rozgryzanie ich na drobny pył to przyjemność nieoceniona. Nigdy mi nie przyniósł patyka. Oddać odda, gdy już się zaczaję i uda mi się go złapać bez zbędnego używania tonu „bardzo groźnego niedźwiedzia”. Generalnie chwilę niesie zdobycz, potem najczęściej zbacza z trasy, wypluwa aport i najchętniej obsikuje go i idzie się zająć innymi sprawami wagi państwowej. Wieczorami robię krótkie sesje treningowe ze smaczkami, wplatam nowe rzeczy w stare sprawdzone sztuczki, udoskonalam turlanie i inne bajery. Niezmiennie w domu wszystko wychodzi lepiej i nawet komenda „przynieś” kończy się często wypluciem piłki pod nogi (jupi).

Pies na działce, w gościach, u cioci na imieninach
Piesa zabieramy wszędzie tam, gdzie możemy, czyli założenie jest takie, żeby nas nie wyrzucili z imprezy. Najczęściej Kapiszon zachowuje się wzorowo, czyli poniucha i kładzie się w swoim wyrku. Tam śpi sobie smacznie aż Pańcia i Pan zarządzą powrót do domu. Jeżeli wizyta wypada w godzinach popołudniowych, wtedy włącza mu się tryb „jestem małym biednym głodnym zestresowanym niekochanym cierpiącym zagłodzonym itp. pieskem, daj mi jeść”. Najlepsza w rozpieszczaniu Kapiego jest Ciocia, która podgrzewa mu paróweczki które potem kroi na kawałeczki. I nie może sobie wybaczyć, że ona coś je, a on nie i patrzy na nią oczami głodomora. Nie ważne ile dałabym mu jeść, efekt jest zawsze taki sam, ze dostaje przynajmniej kilka przekąsek gratis.
Na działce piesek uwielbia przestrzeń, możliwość ganiania wiewiórek i kopania dziur, do tego tylko na działce można grać z Panem w super zabawę p.t. kopnij mi szyszkę. Możemy tak spacerować i kopać mu te szyszki, a on z niezmiennie wielkim zaangażowaniem będzie na nie polował. Na działce jest też kominek, przed którym piesek kocha się wylegiwać. Czasem gdy dotnę jego futerka jest tak rozgrzany, że można by usmażyć jajko sadzone. Niedaleko działki jest Zalew, w którym można się pluskać, nieustannie błagając Pańcię, żeby rzuciła jeszcze jednego patyka. Nauczyliśmy się już nawet nurkować po kamyczki rzucone na płytką wodę. Kiedyś Kapiszon skakał po aport z pomostu, jednak od jakiegoś czasu już tego nie robi – albo ktoś go zrzucił, żeby przyśpieszyć jego decyzję ( a decydował się zawsze bardzo długo) albo po prostu uznał, że taka zabawa jest niegodna i zamaczanie uszu jest dla szczeniaków, a nie dla dorosłych elegantów.

DSC_0807

Pies na łóżku
Czyli coś, co ja uwielbiam. Pies zwinięty w kłębek jako podłokietnik. Pies grzejący stopy lepiej nić termofor. Pies przytulony do brzucha lepszy niż NO-SPA. Pies podstawka na kubek z herbatą. Pies podkładka pod książkę. Ja bardzo lubię spędzać czas z psem, kiedy siedzę na kanapie czy łóżku to lubię mieć go pod ręką, przytulonego, bo mam wtedy poczucie, że on jest najszczęśliwszy właśnie tutaj, ze mną. Ponieważ jednak Pan Mąż nienawidzi kłaków, wspólne spanie i przytulanie zostało mocno ograniczone. Cały czas staram się jakoś rozwiązać tą kwestię, stosując różne koce i inne pomoce, jednak kłaki niezmiennie przeszkadzają mi w mej misji. Moje auto wygląda w środku jak wyliniały biały dywan, szczególnie teraz, kiedy je tak ślicznie odkurzyłam, a tutaj nalot psów…
06022012050

Uczysz się tak? Dam Ci zakreślacz. Tylko daj mi tu siedzieć z Tobą !

103_1683

Nie ma mnie w domu !

zdj17

Relaks z koleżanką w łóżku – kawalera los !

Dlaczego zdecydowałam się na takie kawalerskie podsumowanie już się pewnie domyślacie. Do naszego stada dołączyła DAMA i okres studenckich czasów się skończył. Kapi obiecał, że koniec już z rozwlekaniem całego posiłku po kuchni, koniec z rozpychaniem się po posłaniu i koniec z niekulturalnymi, głośnymi bąkami, które swym aromatem przypominają wojskową grochówę z domieszką starego sera typu bleu. Koniec z jajkami, które zostały usunięte wbrew woli właściciela i w sposób zbliżony do podstępu służb specjalnych. A więc i koniec z lizaniem jajek. Koniec z wcinaniem z zadowoloną miną własnych wymiotków, wyplutych na własne posłanie. Teraz zapanuje w domu kultura i łagodzenie obyczajów. Bo zamieszkała z nami Blue Sky z hodowli Poppy Farm FCI. Wybór imienia był nieco burzliwy, ale została ochrzczona jako pani Keja, Kejusia Niusia. Jest prawdziwą kobietką, Kapiszon od czasu jej pojawienia cały czas jest w lekkiej konsternacji i nie wie jak się zachować. Mała sukcesywnie podbija serca nasze i naszych znajomych, Kapiszon też się pomału przekonuje, bo budzą się już w jednym posłaniu, choć wieczorem na próbę przytulenia się reaguje burackim burczeniem. Jesteśmy bardzo podekscytowani nową sytuacją, która pewnie wiele zmieni w naszym kawalerskim dotąd psim życiu. Sądzę, że będzie jeszcze fajniej niż było, bo i na jachcie miejsca dość, ciocia na pewno wyczaruje jakąś drugą paróweczkę dla Kejuni, a i w stajni kumpli do dokazywania nigdy za wiele. Będziemy informować na bieżąco, co Kapiszon myśli o swoim nowym, narzuconym przez los, statusie społecznym.