Wstaję dość wcześnie. Budzi mnie mój fajowy Hammer. Otwieram oczy, myję ząbki, wskakuję w buty do biegania, ubieram psiaki w obróżki i do lasu. Towarzyszy mi telefon – w końcu bez Endomondo trening to nie trening – bo fajnie jest wiedzieć, jak szybko biegnę, jak daleką trasę zrobiłam, ile kalorii spaliłam. Jeśli podczas biegania jakaś trasa bardzo mnie zauroczy – robię parę zdjęć psiakom, butom, drzewom. Gdy dobiegnę do końca trasy, wyłączam Endo i rusza Instagram. Montuję zdjęcia, dodaję opis. Potem prysznic, lekkie śniadanko i praca.

W pracy zaczynamy od maili i facebooka. Zaglądam kto zerknął na nasz funpage firmy, wstawiam zdjęcia, odpisuję na wiadomości. Wieczorem staram się zająć trochę blogiem, napisać nowy post, wrzucić coś na funpage SmartJacka, zerkam na konkursy, poczytuję ulubione blogi psiarskie. Przed snem zerkam na Instagram, czy spodobały się moje fotki, czy ktoś dopinguje moje treningi biegowe, a może nawet napisał sympatyczny komentarz.

Mąż okrzyknął mnie „dzieckiem facebooka”, ja na to powiem „blogerka”. Inwestowanie czasu i angażowanie się w media społecznościowe stało się dla mnie nawykiem, niczym poranne mycie zębów. Bo wiadomo, że wieczorem można zrobić sobie dzień dziecka 🙂 Oczywiście, nie każdemu się to podoba. Oczywiście, niektórzy sądzą, że marnuję czas opowiadając jakieś farmazony o koszmarnych załogantach albo sztuczkach dla psów. Oczywiście, poświęcam sporo czasu na nowe notki, obróbkę zdjęć, wymyślanie tematów. Ale lubię to i sądzę, że robię to fajnie! Jestem na tyle próżna, że chętnie czytam poprzednie notki i śmieję się ze swoich najlepszych powiedzonek.

Bloguję jakieś pół roku, jest to więc bardzo krótki okres czasu. Okazuje się jednak, że stało się to moim stylem życia, choć nie we wszystkich jego dziedzinach jest miejsce na „publiczność”. Staram się dobierać tematykę, wypowiadać się na tematy, które znam i lubię. Miło mi się pisze Biegowe Podsumowania Tygodnia. Śmiem twierdzić, że niejeden trening został uratowany motywacją p.t. „no co ja potem napiszę na blogu? Że przez tydzień przebiegłam 3 km? Masakra. Muszę wstać i pobiegać”. Ja uważam, że to ogromna wartość dodana. Bardzo lubię dodawać galerie moich psów. To dużo lepsze niż tworzenie domowego albumu z fotkami.

Nauczyłam się wielu funkcji mojego własnego aparatu i robię coraz lepsze zdjęcia. Tak, wiem, jestem bardzo skromna. Moje psiaki wygrały nawet dwa konkursy, co mnie niezmiernie cieszy, bo jeszcze nigdy niczego nie wygrałam. Nauczyłam się sporo z dziedziny grafiki, obrabiam swoje zdjęcia, jestem już na dobrej drodze do zastosowania loga na każdym swoim zdjęciu. Już niedługo.

Już nawet nie wspomnę ile wiedzy i czasu należało poświęcić na wygląd bloga ! Oczywiście grzebanie w HTML nadal jest dla mnie czarną magią, ale udało mi się już znudzić starym motywem bloga i zmienić go na nowy. Nie posypały mi się przy tym widgety od facebooka, instagrama i innych bajerów, co poczytuję sobie za osobisty sukces. Nie muszę dodawać, że w mojej obecnej pracy okazało się, że muszę prowadzić stronę internetową postawioną na wordpressie? Większość funkcji miałam opanowaną z marszu, resztę rozpracowałam z niewielką pomocą. Google Analytics wraz ze swoimi pokładami statystyk i wykresików? Nie ma problemu. Przekierowania, nowi użytkownicy, sesje na stronie – mogę skutecznie analizować ruch na naszej witrynie oraz to, kto, kiedy i jak kupuje nasze obozy. Skąd się o nich dowiaduje. Z jakich stron wchodzi na naszą stronę. Ile osób trafia na nią z facebooka, a więc jak skuteczna jest moja działalność na nim. A ta wiedza pomaga dopasować strategię do wymagań klienta. Kto mi jeszcze śmie powiedzieć, że ogarniając to wszystko na własnym blogu traciłam czas na duperele? Pf!

Prowadzenie funpage to także niełatwy kawałek chorernej roboty. Lajki raz się sypią, innym razem nie chcą się pojawić za żadne skarby świata. Już nie mówiąc o tym, jaki taniec radości odtańczam, gdy ktoś jest tak miły i udostępnia mój tekst. Nie ważne, że najczęściej jest to moja mama…

Bardzo lubię prowadzić Instagram. Jest to kolejna wielka motywacja dla moich treningów. Parę odpowiednich hashtagów potrafi przyciągnąć na Twój profil fajnych ludzi o podobnych zainteresowaniach. Staram się wrzucać na Insta głównie zdjęcia z porannego biegania oraz zdjęcia moich psiaków, które na dobre rozgaszaczają się na wszystkich moich mediach społecznościowych. Cieszy mnie każdy lajk, każdy komentarz. To prawie tak, jakby pięćdziesiąt osób poklepało Cię po spoconych plecach po treningu i powiedziało „dobra robota mała”. Nawet jeśli kosztuje to ich tylko podwójne kliknięcie myszką. Lubię też podglądać zdjęcia innych, szczególnie te przemyślane, rozpoznawalne, na które patrzę i od razu wiem, czyje są. Fajnie, gdy ktoś prowadzi przemyślaną politykę i dba o jakiś sens swoich zdjęć. Dlatego też ja ograniczyłam się do porannych fotek z lasu, choć popełniam też czasem jakieś sweet focie.

Czemu więc mielibyśmy się wzbraniać przed mediami społecznościowymi. To z nich czerpiemy obecnie większą część swojej wiedzy. Z artykułów, blogów, krótkich wpisów na FB. Ja codziennie dowiaduję się czegoś nowego, nieco rzadziej czegoś mądrego 🙂 Chętnie rozszerzam swoją wiedzę o psach, o hodowli, o psich sportach. Nie ma dnia w którym nie podglądałabym co się dzieje w najlepszych polskich hodowlach, zachwycam się nad świeżo urodzonymi szczeniaczkami, oglądam wyniki reproduktorów. W mediach społecznościowych zamyka się spora część mojego życia. I uwielbiam to, ponieważ mam zasięg do wszystkich treści, które potrafię wyszukać, sięgam po odpowiedzi, znajduję nowe pytania, na które muszę znaleźć odpowiedź. No i fajnie, bo przecież o to chodzi, aby cały czas się rozwijać.

Przestańmy więc oburzać się na tych, którzy wprowadzili swoje życie na internetowy poziom. Jasne, że każdego może wkurzyć panna, która co godzinę wrzuca kiepskie demotywatory na naszą tablicę, albo na innego jegomościa, który notorycznie wstawia zdjęcia swojego oklapłego bicepsa. Mamy taki przywilej, że gdy coś nam nie odpowiada, wystarczy kliknąć „Przestań obserwować”, albo nie wchodzić w ogóle w linki, które nas nie interesują. Tak na prawdę w ogólne nie musimy wchodzić do sieci.  Ja to lubię i skoro to już robię, robię to z sensem. Przynajmniej tak sądzę. Mam nadzieję, że część moich czytelników także tak uważa. Nie bójmy się korzystać z internetu na swoją korzyść – bierzmy z niego to, co jest dla nas najlepsze.

Mój wierny towarzysz i największy fan – Kapiszonek pozdrawia uprzejmie.

DSC06576