work-222768_1920 tax-468440_1920

Jak na darmozjada przystało, zgodnie z wolą wszystkich zainteresowanych stron (cioć, rodziców, męża i psa), postanowiłam udać się na staż w administracji publicznej. Przyprawia mnie o dreszcz emocji sama myśl o tym, że miałabym przebywać w jednym budynku z tymi smutnymi zrzędliwymi urzędnikami. Tak, jestem przedstawicielem tych mądrali, co poszli na „dobry” kierunek studiów.
Aby dostać się na staż należy się nieźle nagimnastykować. Pierwszy krok to zarejestrowanie się jako osoba bezrobotna.

Następnie pani z okienka przyznaje nam termin spotkania z Doradcą do spraw kariery. No brzmi zacnie. Spotkanie odbywa się po tygodniu (żeby darmozjad dorósł do myśli, że jego wolność się pomału kończy?), bo tak mówi ustawa. Ustawa jest bardzo mądra i nie należy się z nią kłócić. Doradca przeprowadza ankietę, z której ostatecznie wynika, że jestem zbyt samodzielnym darmozjadem. Samodzielny darmozjad to taki, który znajdzie pracę sam, bez interwencji Urzędu Pracy. Aby taką pomoc uzyskać, darmozjad może ewentualnie zmienić odpowiedzi w ankiecie, aby wyszedł na głupszego, niż w rzeczywistości jest. Kiedy już dokona tego haniebnego upodlenia własnej osoby, dowiaduje się, że powinien sam przespacerować się po wszystkich urzędach gmin i popytać o możliwość odbycia stażu. Jeśli znajdzie takie dojście, jest zobowiązany szybciutko przytruchtać do szanownego Doradcy i o tym zameldować. Wtenczas Doradca podda wnikliwej analizie ofertę stażu i poinformuje darmozjada, czy taki staż w ogóle odpowiada jego kwalifikacjom, bo powszechnie wiadomo, że darmozjad to głupek jest (a przecież taki samodzielny !). Aby szczyt wszystkiego mógł się dokonać, po pozytywnej ocenie nie wiem czego właściwie, Doradca skieruje darmozjada na staż. Oczywiście zakwalifikuje taką czynność jako swoje wielkie osiągnięcie, wobec którego reszta koleżanek z pracy powinna kłaniać mu się w pas, a delikwent darmozjad skakać ze szczęścia i całować po rękach.

I ja się tylko na koniec pytam, kto tu jest darmozjadem?!

computer-472016_1920