my

Jak to jest  być młodą żoną? Co zmienia się po ślubie, czego dowiadujemy się o naszym partnerze? Czy po ślubie jest lepiej, czy seksu jest mniej, czy kanapki do pracy to norma? Czyli podsumowanie pierwszych 6 miesięcy związku małżeńskiego. Życzę sobie, abym każdego roku w grudniu/styczniu mogła zrobić taki rachunek sumienia, podsumowanie, dzięki któremu nie zapomnę, że nad małżeństwem trzeba pracować nie tylko po ślubie, ale przez całe życie. Tymczasem…

Po ślubie nie zmienia się nic, poza tym, że -jak to mówi mój mąż- jest CZĘŚCIEJ. Ale co jest częściej? Ano wszystko. Częściej się kłócimy to częściej się godzimy, częściej się droczymy i łaskoczemy, częściej i więcej jesteśmy razem to i częściej dzieje się między nami wszystko, zarówno dobre, jak i gorsze. Choć nie mogę powiedzieć, te pół roku to była sielanka, wspominam ten czas doskonale, choć był to czas wielu prób. Pierwsza taka próba była już podczas podróży poślubnej, kiedy utknęliśmy w Szwajcarii na 17 dni na parkingu samochodowym i mieszkaliśmy w bagażniku naszego combi. Pierwsze kilka dni było śmiesznie, potem był letarg, gorsze i lepsze chwile, żal, złość, miłość, radość i bezsilność. Ale poradziliśmy sobie. Jak wróciliśmy to zgodnie stwierdziliśmy, że gdybyśmy się nie kochali NAPRAWDĘ to pewnie byśmy się tam pozabijali. Potem wyjechałam na żagle, raz i drugi. I kolejny. Byłam w Chorwacji, na Mazurach i Wyspach Kanaryjskich. A mąż? Wspierał, tęsknił, rozumiał i motywował, żebym jechała. No, może motywował to dużo powiedziane, po prostu mówił krótko : musisz jechać, jedź. Chcesz płynąć, płyń. Żadnej zazdrości i zawiści, po prostu tęsknota. A ja czułam się szczęśliwa i wolna z możliwością podjęcia decyzji. I też tęskniłam.

Parę razy olśniło mnie, że nie można już sobie nawzajem powiedzieć głupiego „to się rozstańmy”, ani wykrzyczeć w złości „to się wynoś”. Zdecydowaliśmy się być razem na zawsze. Przestały więc padać takie nieprzemyślane słowa, a każde zdanie nabrało większej wartości. Bardziej dojrzale patrzę na swój związek i zdałam sobie sprawę, że to ode mnie w 50 % zależy, czy będę w nim szczęśliwa. Wybrałam tego jedynego mężczyznę i był to dobry i przemyślany wybór. Mam coś wyjątkowego. Ale to nie wystarczy, bo muszę nad tym pracować. Chcę być dla niego tak samo fajną kobietą, jak wtedy, gdy się poznaliśmy i uważaliśmy na każdy szept i dotyk.

No i jestem już stateczną żoną, więc i moje zachowanie nieco się zmieniło. Czuję się odpowiedzialna za to, co robi mój mąż. Czasem muszę go nakierować na dobrą ścieżkę, na którą uparcie nie chce wleźć. Czasem muszę mu powiedzieć coś przykrego, co nie ma związku z naszą relacją, tylko na przykład z jego zachowaniem wobec np. jego rodziny czy przyjaciół. Bo teraz to już także moja sprawa. Wcześniej nie martwiłam się takimi kwestiami, teraz czuję, że „niewidzialna” ręka żony może dużo dobrego zdziałać, o czym uczę się od mojej mamy. Ale dopiero się uczę i niestety popełniam błędy. Na szczęście męża mam stoika i nie przypominam sobie kiedy ostatnio udało mi się go wyprowadzić z równowagi.

Jak mogę podsumować swoje pół roku małżeństwa? Jak to więc jest być młodą żoną? Jest to coś zupełnie innego niż bycie dziewczyną czy narzeczoną. Nawet jeśli mieszkaliśmy razem przed ślubem tyle czasu i spędzaliśmy wspólnie czas i w sumie to chyba nic się nie zmieniło poza papierkiem…. to tak naprawdę zmieniło się wszystko. Bo teraz to już nie zabawa, a każdy krok jest zapisany w historii. Nie da się nic wymazać, nie da się niczego cofnąć. Jesteśmy za siebie odpowiedzialni, za siebie i swoje szczęście. Trzeba dojrzeć, każdego dnia to odczuwam. Czasem mam wrażenie, że nie nadążam, że jestem tylko zakochaną gówniarą, która miała dużo szczęścia i tyle jej się po drodze dobrze ułożyło. Że wyłożę się na zakręcie, pomylę drogi, jak zwykle z roztargnieniem czytając drogowskazy. Chwilę później myślę sobie, co tam ja, skoro mój mąż nie potrafi zapamiętać gdzie mieszkają brudne skarpetki i biega po podwórku rozchełstany, ja proroczo grożę mu palcem, a on oczywiście rano otwiera oczy i oznajmia, że jest chory. No jak dziecko. Nie wiem czasami kto jest nim bardziej, ja, czy on. No i chyba tak właśnie powinno być, że potrafimy się z siebie śmiać, pomału możemy powiedzieć o sobie, że znamy się jak łyse konie, wiemy, kiedy powiedzieć „nie pij więcej” a kiedy „ja się napiję, bo zaraz nie wytrzymam”. Mamy plany na przyszłość, podejmujemy wyzwania. Jesteśmy szczęśliwi, choć dookoła piętrzą się trudności. Ach no i oczywiście wszędobylskie pytanie : kiedy dzieci? Mąż milczy, ja się plączę. No nie teraz, tyle wiemy.

Na pewno jest inaczej niż się spodziewamy według utartych wzorców. Nie objawia się nagle jakaś nowa prawda, nie kocha się mocniej, a mąż nie nosi na rękach i nie wyciska soczku ze świeżych owoców swojej ukochanej wybrance. Nie przynosi też bukietów kwiatów i koronkowej bielizny, nie kupuje samochodu ani z własnej woli nie płaci zaległych rachunków. Ale robi inne rzeczy. Odśnieży samochód mojej mamy. Naprawi żarówkę, wstawi nową zmywarkę, zaplanuje polowanie na cholerne krety z teściem, wypije z nim kielicha kiedy babajagi urządzają sabat. Albo są na Mazurach. Wtopi się w rodzinę, a jego odrębność pomału zatrze się, jakby był w niej od zawsze. Wzruszają mnie takie drobne sprawy właśnie, w których ten drugi człowiek udowadnia, że tak, jestem Twoim mężem, a gdy jestem sam to mogę poszukać pocieszenia zarówno u Twojego taty jak i swojej mamy. Odwiedzę nie tylko swoich przyjaciół, ale także i twoich. Zatankuję Twoje auto, naleję płynu Twojej mamie. Bo rodzina staje się wspólna. Bo wszystko staje się wspólne, a odrębności tracą na znaczeniu.

Czasem jeszcze zdarza nam się pomyśleć o sobie jak o dwóch osobnych organizmach. Ale coraz rzadziej. Takie jest pierwsze pół roku małżeństwa.