corkikrowy

Wybrałam się na ten film z mężem i moimi rodzicami. No dobór towarzystwa po prostu idealny, zaraz zrozumiecie, dlaczego. Pomijam już fakt, że przez pół filmu coś się cięło i słyszeliśmy tylko dźwięk oglądając błyskającą czerwono fioletową kaszę. Dobrze, że jeden Pan z widowni postanowił rozładować sytuację i zaczął się tak rubasznie śmiać z tej sytuacji, że cała sala zawtórowała mu śmiechem i żartobliwymi komentarzami. Pan Mąż nie obejrzał filmu do końca, bo postanowił odzyskać kasę za bilety i kupić sobie parę butów w sklepie obok kina (to chyba świadczy o jakości filmu?).

Ale do rzeczy. Moje córki krowy. Film określany jako DRAMAT/KOMEDIA. Nie wiem, jak można uznać taką kwalifikację, ale w sumie, pasuje do filmu, jeśli by dodać sformułowanie czarna komedia i wisielczy humor. Film ten jest tak do porzygu prawdziwy, smutny, dołujący i pesymistyczny, jak to tylko możliwe. To, że nastawiliśmy się na komedię, która w dodatku z polecenia znajomego rodziców miała być „wyśmienita” z pewnością nam nie pomagało. Film od pierwszych minut jest smutny, trudny, pełen ciężarów życia, z którymi prawdopodobnie każdemu z nas przyjdzie się zmierzyć. Starość, umieranie, samotność, kłótnie rodzinne, bezsilność i bezduszność. Generalnie przez większą część seansu zastanawiałam się, czy popłaczę się ja, czy moja mama, a czarne wizje dotyczące nieodwracalnie upływającego czasu zawisły nade mną jak czarne chmury. Film ten postawił w nas w trudnej do przełknięcia sytuacji, o której lepiej nie myśleć. Dlaczego? Bo po co martwić się przyszłością, która i tak nas dosięgnie? Po cholerę ludzie chodzą do kina dla rozrywki na takie filmy?

Jedynymi scenami z filmu, które przypadły nam do gustu były urywki wspomnianego przeze mnie „wisielczego” humoru dziadka, który od czasu do czasu pieprznął jakiś durny tekst typu „zaraz się zesram” albo „mam guza mózgu, 5 x 5, trzeba wyciąć, co poradzić?”  „ale wy jesteście krowy, pizdy wołowe”.  Film ten jednak mogłabym śmiało podsumować takim stwierdzeniem : jeśli masz ochotę zobaczyć i wczuć się umieranie i śmiertelne choroby rodziców, to śmiało, idź na ten film. Do samego dna duszy przemówi do Ciebie ironia życia, ból straty, odczucie beznadziei tak głębokiej, że można się już tylko z tego śmiać. Poczujesz ból, smutek, żal i bezsilność. Jeśli jesteś wrażliwym człowiekiem, spędzisz większą część czasu po seansie pogrążony w czarnych myślach, smutny, zatruty trucizną prawdy jaką objawił ten film.

Moje remedium było proste – wraz z Tatą i Kubą doszliśmy do wniosku, że po takim filmie to można albo się załamać, albo strzelić kielicha, albo nawet kilka, co też z radością uczyniliśmy, odganiając od siebie czarne myśli. Bo czyż życie nie jest wystarczająco trudne, aby jeszcze psuć sobie piątkowy wieczór tak czarnym scenariuszem?

*Zdjęcie pochodzi ze strony https://i.ytimg.com/vi/SRR2Z_LNjTw/maxresdefault.jpg