sunset-1176695

Jestem obecnie na etapie „powrotu do rzeczywistości”. Po niemalże trzech miesiącach pobytu poza domem, mój organizm, a wraz z nim moja silna wolna, robią ze mną co chcą. Skutecznie zaniedbałam bloga i funpage, bieganie, a także te kilka zdrowych nawyków żywieniowych, których się dorobiłam. Niestety statystyki są drastyczne. Jestem bardzo zła na siebie, ponieważ udało mi się już zmobilizować do zmian i wydawało mi się, że 3 miesięczny wyjazd nie powinien mi tu wiele namieszać. Ale namieszał. Rutyna przestała być rutyną a codzienność codziennością. Regularne bieganie, które przynosiło mi w domu wiele radości w każdych warunkach pogodowych niemalże, odeszło do lamusa. Wiele dobrych postanowień poszło w zapomnienie. Niestety, tak bywa gdy drastycznie zmieniamy otoczenie lub warunki w jakich się znajdujemy. Umówmy się – to przeczy rutynie. A w moim przypadku to ona właśnie jest najlepszym sposobem na dążenie do wyznaczonych celów.

Regularność nie służy wszystkim, jednak dla mnie jest na prawdę zbawienna. Ponieważ odkryłam w sobie taką właśnie potrzebę układania wszystkiego w równe ramy,staram się wykorzystać ją na korzyść mojego rozwoju i niekorzyść własnego lenistwa. Pisałam już kiedyś o tym jak wykorzystywać swoje wady i zalety do oszukiwania swojego umysłu. Tutaj jest tak samo : skoro lubię rutynę – rutynowo chodzę biegać. Skoro lubię kolorowe karteczki, zaklejam nimi cały świat dookoła, umilam sobie nimi zadania, za którymi nie przepadam. Skoro lubię chodzić wcześnie spać, to to robię, aby wstawać wcześniej i wykorzystać ten czas na coś konstruktywnego. Dla niektórych to jest absurd, ale u mnie się sprawdza takie stosowanie na sobie samym kija i marchewki. Niestety rutyniarstwo w moim wydaniu ma swoją fundamentalną wadę – wystarczy, że raz czy drugi wyłamię się z mojego genialnego planu i całe postanowienie się wali. Świat się kończy, nic nie ma sensu i generalnie wtedy leci fala porażek. Przykład?

Przywołajmy sobie moje postanowienie biegowe. 4-5 razy w tygodniu z jedną dwudniową przerwą. Pod koniec tygodnia notka, podsumowanie, sumowanie kilometrów. Jest super, jedno postanowienie napędza drugie (bieganie plus regularność na blogu). Na super plus jeszcze mobilizacja do napisania przynajmniej jednego tekstu z innej dziedziny, bo przecież nudzić się będzie czytelnikom. Gdyby nie cotygodniowe wrzuty biegowe, nie miałabym ram czasowych dla innych wpisów, a tak mam. Super.Ale niestety wystarczy jednodniowe KONGO i już cały misterny plan się wali…
Kongo może przyjmować różne formy – przeziębienie, ból stopy, trzeba być szybciej w pracy, trzeba rano jechać na pocztę, trzeba rano jechać na budowę, wieczorna impreza do późna (po polsku : kac) lub cokolwiek innego, co może być bezpośrednią przyczyną procesu myślowego w głowie : a może by tak NIE pobiegać?
Wystarczy jedno niepobieganie i już 100% opad motywacji. Wystarczy jedna pizza aby zburzyć całe żywieniowe misterium. Wystarczy kilka dni bez notki na blogu i pojawia się niemoc twórcza, niechciej, który skutecznie demotywuje do podejmowania jakichkolwiek działań. Ostatnio widziałam takiego mema z kobitką : na jednym rysunku napis „jak wrócę do domu to tyyyyyyle zrobię” a na drugim kobitka zawinięta w kocyk z podpisem „ja jestem kocykiem a kocyk jest mną”. U mnie jest podobnie – jak jestem „w ciągu” to zasuwam na 100 procent, latam śmigam, znajduję czas na jakieś nowe atrakcje, bawię się z psami, ćwiczę sztuczki, piorę prasuję i wywijam salta. A jak już nie pobiegam, nie dopilnuję terminu, zostawię coś na później – robię coraz mniej, oglądam seriale, drzemię, zawalam sprawy. Czyli u mnie albo na 100 pro, albo zawalam. Nie umiem znaleźć jakiegoś złotego środka, niestety.

Powrót do dobrych przyzwyczajeń jest trudniejszy niż sądziłam, szczególnie, gdy wszystko odkłada się „na jutro”. Dlatego wprowadzam drastyczny plan 100 PRO, w którym nie ma miejsca na błędy.
1. Nie zastanawiać się rano nad pogodą – po prostu wstać, wciągnąć biegowe majty i wyjść na dwór. Potem już jest z górki. Najgorzej, że niestety nadchodzi zima, dni robią się krótsze, zimne, wietrzne i mokre. Swoją przygodę z bieganiem zaczęłam zimą i dalej uważam, że zimą biega się najlepiej. Ale mam na myśli MROŹNE SŁONECZNE a nie czarne mokre i smutne poranki. No ale trzeba korzystać póki można i cieszyć się wschodami słońca – znaleźć dobre strony. Jest taki krytyczny moment, kiedy dzwoni budzik, zerkam za okno i już wiem, że będzie ciężko. I wtedy ta wredna myśl atakuje : a może by nie? Wtedy trzeba zacisnąć zęby, nie pozwalać sobie na „jeszcze 5 minut” i wyjść. Już po 10 minutach jestem zwykle rozbudzona, zadowolona i odświeżona. Nigdy jeszcze nie pożałowałam decyzji o porzuceniu ciepłej pościeli na rzecz porannego biegania. NIGDY! Kwestią jest tylko nie wyłamywanie się z planu. Nic tak nie motywuje, jak poprawnie wykonany plan z zeszłego tygodnia.

2. Zapisać się na zawody. W moim przypadku to fajnie mobilizuje, choć nigdy nie zakładałam, że osiągnę jakieś czadowe wyniki. Po prostu – data. Nie mogę nie wstać, bo znowu wypadnę z formy. W sumie muszę wstać, żeby ją odbudować! Brałam udział w 2 biegach na 5 km i muszę powiedzieć, że bardzo pozytywnie mnie one mobilizowały. Wręcz byłam zaskoczona „głodem” kilometrów, silną wolą w stosunku do śmieciowego jedzenia i picia. Także zapisałam się i mam miesiąc na podreperowanie swojej silnej woli.

3. Zaangażować rodzinę. W przypadku Pana Męża – prośba o nie przytulanie mnie w momencie podejmowania krytycznej decyzji o wypełźnięciu spod kołdry. Mama szykuje ciepłą owsiankę na powrót i ciepłą wodę z cytryną i miodkiem. Śniadanie mistrzów. Coś pięknego. Jestem im za to bardzo wdzięczna. Dobrze mieć kogoś, kto wesprze a w odpowiednim momencie da kopa do działania.

4. Bloga uwielbiam prowadzić, więc mam nadzieję, że wystarczy mi odrobina wolnego czasu, parę pomysłów w głowie i miejsce, w którym będę mogła usiąść i pisać. Na chwilę obecną wolny czas się drastycznie kurczy, pomysły są, ale za to laptop się rozpada. No i nadal nie mam swojego miejsca na świecie – w oczekiwaniu na mój wymarzony pokój do pracy. Ale czekam cierpliwie.

5. Prowadzenie dziennika/zestawienia, któregoż to prowadzenie będzie dodatkowo wymuszało trzymanie się postanowień. Mi to się bardzo sprawdza, gdybym mogła oznaczałabym swoje „odhaczone” obowiązki w pięciu miejscach – kalendarzach, komputerach, komórkach, kalendarzu ściennym i na lustrze w łazience. Powstrzymam się jednak przed tak daleko posuniętą dewastacją. Wystarczy mi noteczka na blogu pod koniec tygodnia no i oczywiście codzienne fotki z biegania, które na prawdę uwielbiam. Możecie znaleźć je na INSTAGRAMIE. Sama chętnie sięgam na insta w poszukiwaniu inspiracji, głównie motywatorów sportowych i jedzeniowych. Sądzę, że to świetna, łatwo dostępna forma. No i z każdym dniem można obserwować, jak poziom zdjęć idzie do góry – te fotki to prawdziwe arcydzieła!

Doszliśmy więc do sedna sprawy. Mobilizacja na 100 PRO i wprowadzamy zmiany w nasze życie. Ale! Jeśli naprawdę chcecie coś sobie postanowić, zaplanować, zmienić, trzeba przyjąć za pewnik, że ZAWSZE będziemy musieli już o to dbać. Nie będzie tak, że jak pobiegamy pół roku, to już nigdy nie spadnie nam motywacja. Można w sobie wyrobić nawyki, ale trzeba dbać o nie do końca życia. Owszem, przyzwyczajamy się do „nowego trybu”, dlatego jest nam łatwiej niż na początku. Ale nic nie przychodzi samo. Ja właśnie padłam ofiarą takiego myślenia : „jak już biegam pół roku to będę biegać zawsze, z łatwością i radością”. A tu klops mięsisty. Nie ma tak, że nawyk czy rutyna załatwią cały problem. One pomogą nam rozpocząć nowy sposób na życie, ale nie wybiegają za nas tych kilometrów. To my ostatecznie będziemy musieli odmówić sobie kawałka pizzy. I za każdym razem będzie to tak samo ciężki wybór. No, ponoć jest szansa na to, że „odzwyczaimy” się od tych złych nawyków, ale to nadal będą pułapki, w które można wpaść. Zaczynając więc realizowanie swoich planów odpowiedz sobie na pytanie : czy będę chciał tak żyć przez kilka lat? Czy wprowadzam zmianę dla samego siebie, czy może na pokaz? Na pokaz to można coś robić kilka dni czy tygodni. Ostatecznie jednak w długotrwałym procesie pracy nad sobą warto inwestować tylko w to, w co na prawdę wierzymy i w to, czego bardzo pragniemy.