IMG_20160515_11490222

Po wczorajszej wystawie w Łodzi bardzo potrzebowaliśmy wraz z moimi psami trochę relaksu na świeżym powietrzu. Uwielbiam te dni, kiedy mogę pojechać do stajni i zapomnieć o wszystkim innym. To wspaniałe uczucie, kiedy można wybrać się na wycieczkę do lasu, czy po polach, w towarzystwie swoich psów. Oczywiście konno. Każdy psiarz wie, że takie przedsięwzięcie nie jest prostą sprawą. Dużo pracy i szkolenia należy włożyć w swojego psa, jak i konia, Jak to wyglądało u mnie i jak ogarniam kilka czworonogów jednocześnie? O tym ten wpis.

Po pierwsze przyznaję się do tego, że wjeżdżam konno do lasu z psami spuszczonymi ze smyczy. Wiem, że jest to niezgodne z prawem, dlatego staram się jeździć możliwie krótko po lesie. Narażam się na mandat. Jedyne, co mam na swoje usprawiedliwienie to to, że moje psiaki ZAWSZE dają się odwołać i nie ganiają jak szalone za leśną zwierzyną. Zwykle ograniczają się do biegania po ścieżce i 2-3 metry od ścieżki. Ponieważ spacerujemy po dużym kompleksie wypoczynkowo-leśnym, w którym trenują biegacze, rowerzyści, spacerowicze, rolkarze, staram się nikomu nie wchodzić w drogę, moje psy w większości przypadków zostają odwołane od innych psów. Staram się być nieszkodliwa dla innych, dlatego wybieram sprawdzone odludne trasy. Ale święta nie jestem, zdarza się, że moje psy pobiegną do kogoś i go obskaczą jak szalone. Sprawa nie jest wtedy łatwa, bo ja siedzę na koniu, a osoby obskakiwane w 99 % przypadków wykazują dużą radość i zadowolenie z powodu obskakiwania, niemal uniemożliwiając mi doprowadzenie psów do porządku. Niestety. Ale zanim zaczęliśmy się wybierać na wspólne wycieczki przeszliśmy razem pełne przeszkolenie mojego własnego autorstwa. Trochę czasu minęło, nim wsiadłam na konia wraz z dwoma psami na ziemi. Jednak jeden pies, to tylko milion możliwości wypadku. Dwa psy, to dwa miliony.

90168647

Kiedy kupiłam Kapiszona, pracowałam w sklepie jeździeckim. Pracodawca był na tyle uprzejmy, że pozwalał mi przychodzić z nim do pracy. Był to czas, w którym posiadałam własnego konia. Po konsultacji z właścicielką ośrodka, zaczęłam przywozić Kapiszona do stajni. Początki były mega ciężkie, bo psiak pchał się wszędzie tam, gdzie nie powinien. Pozwalałam mu wchodzić do boksu, wąchać się z koniem, tarzać w słomie. Zachowywałam wielką ostrożność w sytuacjach, gdy pies zbliżał się do końskich kopyt. Szybko nauczył się, że nogi są FE. Czasem na czas jazdy zostawiałam psa w boksie (kończyło się to godzinnym darciem japy) lub brałam ze sobą na plac i przywiązywałam do płotu na smyczy (godzinne darcie japy takowoż). Potem mieliśmy wraz z kobyłą długi okres lonżowania. Wtedy zaczęłam brać ze sobą psa, na początku na smyczy. Koń biegał dookoła nas, a pies uczył się, że strefa przy człowieku jest bezpieczna. Ponieważ na co dzień Kapiszon  dużo biegał bez smyczy, szybko przestałam go wiązać nawet w stajni i na lonży. Pies zrozumiał, że węszenie po placu jest znacznie ciekawsze niż stanie przy nodze, po kilku moich zawałach serca połączonych z szybkim przywoływaniem zakumał także, że trasa biegu konia (po okręgu) jest strefą niebezpieczną, natomiast strefa wewnątrz koła oraz na zewnątrz koła jest bezpieczna.

Nie zawsze było super łatwo, mieliśmy bardzo trudny etap, kiedy każde moje cmoknięcie lub popędzenie konia było dla Kapiego niczym sygnał do ataku – ruszał wtedy biegiem w stronę końskiego zadu i ujadał jak szalony. Działał na kobyłę jak super hiper bacik i poganiacz, znosiła to na szczęście z wielką gracją i właściwie zupełnie olewała temat. Nigdy nie próbowała go kopnąć, ani ugryźć i chwała jej za to. Szybko zaczęli się ganiać razem po pastwisku, a mnie nie raz serce stanęło z przerażenia, gdy widziałam jak Kapi przebiega blisko jej kopyt…

106111568

Potem zaczęłam jeździć z Kapiszonem w teren. Bardzo pomogła mi wtedy komenda „biegaj”, która oznaczała „oddal się”. Kapiszon biegał z boku konia lub tuż przed nim, na moim celowniku między końskimi uszami. Jeśli widziałam, że zaczyna się rozpraszać, zwalniać lub chce powęszyć wystarczyło krzyknąć „biegaj” a mały odpalał wrotki i oddalał się na bezpieczną odległość. Mieliśmy to przećwiczone na rowerze. Dzięki temu nigdy nie wpadł nam pod kopyta. Zawsze byłam też gotowa zatrzymać kobyłę. Galopy zawsze robiłam w taki sposób, aby Kapiszon został nieco z tyłu, ruszałam mocnym tempem, aby go „odstawić” bo im szybciej, tym większa ekscytacja i mniej myślenia. Po galopie czekałam na niego chwilkę, aby nas dogonił. W kłusie bez problemu dawał radę biec przed koniem, zebrany galop „przez nóżkę” także nie był problemem. Kochałam te nasze wycieczki. No i Kapiszon też je kochał, nigdy nie oddalił się ode mnie, ani nie zwiał. Był uczony od małego na moje specyficzne gwizdnięcie.

107375907

Jazda na placu w większości nie sprawiała problemu – podniecenie budził tylko  galop oraz skoki. O ile w galopie po prostu Kapiszon biegał w bliskiej odległości, szczekał i dawał rurę, licząc na to, że będziemy go gonić, o tyle przy skokach było mało fajnie, bo często kładł się pod przeszkodami. Czasem także szczekał podczas najazdu. Parę „nie wolno” i innych, niecenzuralnych słów załatwiło sprawę. Nie oszukujmy się jednak – jazda z psem to trudna sprawa. Trzeba być super czujnym, zawsze kontrolować, gdzie akurat znajduje się pies, brać pod uwagę, że koń może się spłoszyć nadbiegającego od strony zadu psiaka, może go kopnąć, lub machnąć przednią nogą. Szybko nauczyłam się, że jestem niczym radar namiernik na psa. Dołożyliśmy kilka komend „won” (czyli uciekajmistrądwtejchwili) oraz „na miejsce”, które najczęściej było wyznaczonym kawałkiem ziemi, z którym pies się mógł jakiś identyfikować (położona derka, kurtka, lonża). Kapiszon w dużej większości przypadków potrafił przez jakiś czas siedzieć lub leżeć w takim wyznaczonym przeze mnie miejscu. Nieco ułatwiało to sprawę.

Potem byliśmy z Kapiszonem na sezon obozowy w ośrodku jeździeckim. Niestety Kapi ganiał jak szalony za moimi uczniami, dlatego nie zabierałam go na lekcje jazdy, które prowadziłam. Z czasem jednak jego reakcje złagodniały. Pracowałam rok w stadninie koni jako instruktor, Kapiszon nie sprawiał większych problemów, choć kilka razy pogonił za koniem, raz miał bliskie spotkanie z końskimi kopytami. Większość czasu spędzał na środku hali, podsypiając. Im więcej czasu spędzał w stajni, tym lepiej rozumiał panujące w niej zasady. Uwielbiał kraść mojemu wałachowi Dorado marchewki i jabłka, które wypadały mu z pyska. Dorado zachowywał się spokojnie nawet kiedy bawiłam się z Kapiszonem w ganianego po hali – zabawa polegała na tym, że Kapi uciekał, a ja goniłam go spokojnym galopem. Opanowaliśmy tą zabawę do perfekcji. Kapi wiedział, kiedy musi wycisnąć z siebie wszystko, a kiedy może obracać się i zachęcać mnie do gonitwy radosnym szczekaniem.

FILMIK Z DZISIEJSZEGO LONŻOWANIA HAGGISA I POGOŃ ZA SZNURKIEM Z BATA DO LONŻOWANIA

                           

Niedawno do naszej ekipy dołączyła Kejuta. To moje oczko w głowie. Już pierwszego dnia po przyjeździe zabrałam ją do stajni, oczywiście na smyczy. Nadal się uczy, ale idzie jej to dużo szybciej, dzięki Kapiszonowi, który jest dobrym przykładem. Staram się wykorzystać „efekt stadny” – nie muszę uczyć Kei komendy „biegaj”, bo wykonuje ją naturalnie razem z Kapiszonem. Bardzo długo latała po stajni i przy koniach tylko na smyczy. Dopiero w tym tygodniu stwierdziłam, że w miarę ogarnęła strefy bezpieczne podczas lonżowania. Wybrałam się już z nią i Kapiszonem na kilka wycieczek – zaczęłam od stępa, pojechałyśmy z przyjaciółką na polanę robić sobie zdjęcia, więc był ktoś, kto pilnował całej operacji „z ziemi”. Poza chwilową dezercją i zjedzeniem suchej bułki, którą Keja została nakarmiona przez jakąś nieogarniętą panią, wszystko było pod kontrolą. Pies instynktownie czuje, żeby nie zbliżać się do konia, nawet, gdy siedzi na nim ukochany człowiek. Potem wybierałam się na spacerki na Karym, który posiada niewyczerpane pokłady cierpliwości i spokoju, nie rusza go nawet przelatujący nad głową łabądź. Jeszcze nie galopowałam z oboma psami na ścieżkach, natomiast na polanie jest to już możliwe – psy trzymają się w bezpiecznej odległości. Moja przyjaciółka i właścicielka koni, na których czasem uda mi się pojeździć, także niedawno zakupiła szczeniaka Jack Russell Terriera. Pies od małego chowany przy koniach, posłuszny i karny ( w ramach rozsądku, haha) świetnie przystosował się do warunków. Kiedy regularnie przyzwyczajamy psa, że nie może biegać bez sensu oraz że musi cały czas być nastawiony na komendy swojego właściciela, nauka bezinwazyjnego przebywania w stajni jest znacznie ułatwiona.

To, że moje psy dobrze odnajdują się w stajni nie oznacza, że jestem pewna, że nic im nie grozi. Wręcz przeciwnie, zdaję sobie sprawę w wielu niebezpieczeństw, jakie na nie czychają, a także jakie one same mogą spowodować, np. wbiegając na plac, na którym odbywają się lekcje dla początkujących. Wstęp na ten plac jest absolutnie zabroniony, a ponieważ nie ma tam nic ciekawego, psy się na niego nie zapuszczają. Wyjeżdżając ze stajni przejeżdżam przez parking, psy na komendę ” do mnie” maszerują w mojej obstawie i dopiero na polanie pozwalam im hasać do woli. W czasie każdego spaceru czy wyjścia z koniem na plac czy lonżę, wydaję psom setki komend, cały czas kontroluję jak się poruszają, gdzie łażą, co robią. Chwalę, gdy są spokojne, znajdą sobie miejsce. Często kładą się w piasku na środku placu i po prostu odpoczywają, lub chodzą i węszą. Jeszcze nie zdarzyło mi się, aby pogoniły za cudzym koniem. Gdy jeżdżę po placu, staram się umieścić psy centralnie na środku, gdy jadę ścieżką, dbam, aby biegły przede mną. Trzeba mieć w sobie dużo cierpliwości i sporą wiedzę, zarówno o specyfice końskiej psychice, jak i psich zwyczajach. Jeżdżę konno już ponad 15 lat, więc weszło mi już w krew, że jestem czujna, gdy moje psy biegną nam za zadem lub zapuszczają się w zeschłe liście, których szelest może przestraszyć wierzchowca. W stajni spędzałam w swoimi czasie naprawdę większą część dnia. Nadal obawiam się wypadku, a jeśli takowy się wydarzy, będę mogła obwiniać tylko siebie. Ale to ryzyko jest wpisane w moje życie, jak wiele innych kwestii, które podejmuję na własną odpowiedzialność. To mój styl życia. Uwielbiam go.

Jeśli więc czytając ten wpis szukałeś/szukałaś rady, jak wychować psa, by mógł chodzić z Tobą do stajni, to niestety nie znajdziesz tu takowej. Taką rzecz trzeba po prostu wiedzieć, że Wasz pies już jest na takim poziomie wyszkolenia, a wy potraficie przewidzieć większość zachowań obu zwierząt. Powinniście móc odwołać swojego psa w każdej sytuacji, nauczyć go w jakich miejscach jest „dobrze” a w jakich ” niedobrze”, żeby zachowywał się spokojnie, nie szczekał, nie ganiał. Oczywiście, w procesie nauki nie da się tego uniknąć. Moja koleżanka niestety straciła swojego Jacka, który od dłuższego czasu jeździł z nią do stajni. Dostał niefortunnie kopytem, zmarł nim zdążyła podbiec. Niefortunny przypadek, pech, ogromny smutek. Ryzyko jest wielkie, niestety, często niezależne od naszych umiejętności i starań, bo każdy popełnia błędy, zwierzaki także. Dlatego, mimo tego, że sama tak robię, nie polecam każdemu jeźdźcowi by przychodził ze swoim psem do stajni.

IMG_20160515_122727[1]    IMG_20160515_114811[1]   IMG_20160515_112925[1]