DSC06733

Był już mój świat herbaty, więc jedziemy ze świecami. Otóż jestem Emilia i jestem nałogowym świeczkolubem. Przepadam za wszystkimi, ale najbardziej kocham Yankee. Świeczka jest dla mnie : idealnym prezentem, dodatkiem do relaksującej kąpieli, lekiem na zły dzień, odświeżaczem powietrza, gadżetem stojącym na parapecie, alternatywą kominka, absolutnie obowiązkowym elementem każdego wnętrza.

Gdy zapalam świece zapachowe, to czuję się tak, jakbym zrobiła sobie maseczkę lub pożarła michę lodów. A najlepiej, jeśli mogę zrobić te trzy rzeczy na raz !
Świeca palona w mieszkaniu może naprawdę znacznie podnieść na duchu po ciężkim dniu. Jest jak odrobina luksusu, gdy na ścianie pojawia się wesoło tańczący płomień, a wokół rozchodzi się ciepły aromat bursztynu i burzowego powietrza. Człowiek od razu czuje się jak w domu. A gdy ukochany mąż wraca z pracy i od wejścia narzeka „co tak śmierdzi?!” …to dopiero relaksujące.
A co do śmierdzenia, to śmierdzą dopiero te wstrętne Air Wicki. Niby mają pachnieć lasami amazońskimi, a ja tam wyczuwam aromat klozetu o wątpliwej czystości cuchnący tanim szprayem lawendowym. W Amazonii nie byłam, ale na dworcowych toaletach niestety się zdarzało. I jeszcze to irytujące PSSsss wydobywające się z plastykowego dyfuzora, który udaje, że pasuje do wnętrza swoją pseudonowoczesnością. Jak wchodzę do domu, w którym mieszka takie psykadło, to od wejścia boli mnie głowa i wspominam „przemiłe” czasy mojej pracy w Kazarze, kiedy to kazali nam wdychać sztuczny aromat waniliowy, który skrzętnie ukrywałyśmy w wentylacji. Do tego podskakuję jak oparzona przy każdym PSSSsss i obdarzam psikadło pełnym pogardy i obrzydzenia spojrzeniem. Kiedy już go namierzę. Bo obsesji można dostać od takiego niezlokalizowanego psykania koło ucha. Wiem, to brzmi jak nerwica natręctw. Ale teraz wyobraźcie sobie, że wchodzicie do mieszkania, w którym pali się świeca zapachowa, opakowana w uroczy, szklany słój. Czujecie różnicę?
Świeca cichutko stoi i płonie. I pachnie. A ten zapach…chyba tylko te morskie klimaty zalatują nieco tanim psikiem, natomiast ja uważam, że Yankee mają super zapachy, które naprawdę łatwo odszyfrować i zakochać się w nich bez pamięci. Woski są naturalne, a słoiki po wypaleniu świecy można użyć do dekoracji. Niestety są drogie. Największy słoik kosztuje ok 100 zł…nie sposób nie zauważyć, że na świeczki wydałam więc mały majątek. Ale zanim się decydowałam na dany zapach, przechodził serię rygorystycznych testów. Najpierw kupuję woski, które można palić kilkukrotnie. Lubię jeśli zapach jest intensywny, a nie wszystkie takie są, bo nie każdemu odpowiada jak coś mocno pachnie. Są więc zapachy które uwielbiam, ale ich nie kupuję, bo są dla mnie za słabo wyczuwalne podczas palenia. Jeśli nie mogę przestać myśleć o danym zapachu przez miesiąc lub dłużej, to znaczy, że trzeba rozbić skarbonkę. Zawsze kupuję świecę największą, bo pali się ok 150 godzin, co dla mnie oznacza prawie wieczność. Nie wiem jak ja to robię, ale wszystkie moje świece wypalone są w praktycznie identycznym stopniu. Pewnie dlatego, że jak zauważam, że którejś jest mniej to oszczędzam ją i zmieniam na pozostałe zapachy. Dbam też, aby świece nie „tunelowały”, owijam je w tym celu folią aluminiową, dzięki czemu wosk wytapia się aż do ścianek świecy. Niestety jest to konieczne u mnie praktycznie przy każdym paleniu świecy. Nienawidzę, gdy wosk zastyga nierówno, tworząc krąg dookoła knota.

Świece to moim zdaniem nieodzowny element każdego wnętrza, w którym miałabym spędzać wolny czas. Ja świece tacham ze sobą nawet na Mazury czy na żagle, bo gdy zapadnie zmrok sprawdzają się dużo lepiej niż lampka. Oczywiście trzeba na nie uważać, bo uwielbiają podpalać i topić wszystko co laminatowe 🙂 W moim wymarzonym domku będę miała całą półkę na nie i miejsce do palenia. Pewnie w okolicy kominka i kompletu wypoczynkowego. Moim zdaniem właśnie dzięki nim najłatwiej zbudować klimat, nawet w najpodlejszym wnętrzu.
Bo gdzie świece, tam dom mój, a gdzie dom mój, tam muszą być świece.

DSC06301