DSC09286

Mąż. Osobnik przydatny jakoby w wielu dziedzinach życia. Choć drogi w utrzymaniu, bo spożywa znacznie więcej alkoholu niż żona, potrafi się odwdzięczyć i przydać. Jada tylko to, co mu nałożono, ponieważ powszechnie wiadomo, że z dniem ślubu rączki mu urwało i do garów się nie tyka. Ale zawzięcie pałaszuje wszystko, co mu dobra kobieta na talerz posadzi. Posiadł już także umiejętność chwalenia smakowitości potrawy, jeszcze zanim jej spróbuje. Umiejętność ta jest wypracowana w trudzie, pocie i wrzaskach, ponieważ od męża nie należy oczekiwać zrozumienia, a jedynie wyuczenia na pamięć pewnych przydatnych komunikatów. Pyszny obiad, piękna fryzura, ślicznie wyglądasz, jesteś najwspanialsza, kocham Cię nad życie, masz rację kochanie. Proste, prawda? 🙂

Mąż przydawszy się w domu puszy się jak paw, uznając, że najbliższe 30 lat może odpoczywać. Za cel swój odpoczynek mając, zawsze zabierają się do przydzielonych prac za tzw. „trzydzieści sekund”, które rozciąga się do kilku tygodni czasem. Albo w ogóle się nie zabierają. Bo my, kobiety, zrobimy to za nich.

Historia ta opowiada o pewnej półce.  Dobre dwa miesiące temu zarządziłam zmianę wachty łóżkowej i stanowczo odmówiłam spania „od ściany”. Miałam dobre argumenty : czytam do późna, wcześniej wstaję, czasem jeszcze oglądam telewizor. Czynności te dotychczas musiałam wykonywać wraz z gimnastyką, bo każde zgaszenie lampki, odłożenie pilota czy sięgnięcie po krem do rąk wiązało się z przełażeniem przez małżonka. Aby nie budzić niedźwiadka, musiałam wstrzymywać oddech, wciągać brzuch, wyginać się w pozycji przyczajonej modliszki i równoważyć nachylenie wyciągnięciem nogi spod kołdry. Najczęściej kończyło się to przebudzeniem smoka, zrzuceniem telefonu na glebę, zgubieniem okularów i książki wśród fałd koców i kołder, wylaniem wody ze szklanki na tablet męża i naciągnięciem mięśni. I po takiej gimnastyce człowiekowi spać się nie chce, więc łatwiej było zasypiać z książką na twarzy zamiast ją odkładać na szafkę nocną.

Pan Mąż też miał argumenty. Liche dość. Coś tam wspominał o za długich nogach, za krótkim łóżku i bólu kręgosłupa. Okręciłam wyro o 180 stopni czyniąc małą dziurkę na jego stopy od strony ściany. I tak oto, chcąc nie chcąc, wylądował pod ścianą. Zimną ścianą. No i się zaczęło oczywiście – że zimno, ciemno, krzywo, twardo, miękko i generalnie nie godzi się sypiać w takich warunkach. Miałczał, miałczał i uległam, bo jak tu niedźwiedzia nie kochać? I znowu wylądowałam pod ścianą. Zaczął mi jednak kiełkować w głowie chytry plan dotyczący szafki, która rozwiązałaby moje problemy.

Wraz z Panem Mężem ustaliliśmy, że choć ściana regipsowa, to powinien dać radę powiesić szafkę. Tak się ucieszyłam, że na dwa tygodnie zapomniałam o temacie. Pan Mąż, nie do końca zgodnie z moim wyobrażeniem o jego zaangażowaniu w zrobienie szafki, zapomniał także. Ale nie poddałam się i od tygodnia znów zaczęłam wiercić mu w brzuchu. A przypomniała mi o wszystkim szafka Ikei, wisząca na wszystkich bilbordach w naszym mieście. 119 zł to nie tak znowu dużo, powiesi się, rach pach i będę miała szafkę.

No i zaczęło się. ILE KOSZTUJE SZAFKA? 120 ZŁ? Zrobię Ci taką najwyżej za 30 !! Pan mąż tak się zdenerwował, że musiałam na jeden wieczór odpuścić szafkowy temat. Szafkowy, a właściwie półkowy. Przyszła sobota, mieliśmy wolny dzień, cały dla siebie, wybraliśmy się do Leroya po składniki na półkę. Nie pytajcie mnie co tam przeszłam. Grunt, że przez półtorej godziny mój szanowny małżonek dokonał wyboru : dwie deski, kilka kołków i dwie podpórki czy tam kątowniki, które wybrałam sama, bo już myślałam, że oszaleję w tym sklepie. Nie zezwoliłam na kolejne 20 minut zastanawiania się, czy w domu jest Vikol czy lepiej go kupić. Poszliśmy do punktu piłowania, aby przecięli nam jedną z desek na pół.  Z uczuciem triumfu wymaszerowaliśmy ze sklepu.

Nawet nie liczyłam, że w tym samym dniu zawiśnie moja półka. Ale liczyłam, że chociaż zbije te dwie dechy w jedną. Nie zbił.

Następnego dnia mieliśmy jakieś zajęcia i dopiero po obiedzie mogłam zacząć ględzić o moją wyśnioną półeczkę. Obiecał, że zrobi niedługo.  Poględziłam, ale Pan Mąż zasnął. Jak to po dobrym obiadku, niedźwiadek musiał odpocząć. Potem musiał wypić piwko i w końcu zabrać się do roboty. Kiedy przytachał już te wszystkie swoje sprzęty, osądził, że jest już stanowczo za ciemno i nie może teraz robić półki. Że zrobi jutro. Myślałam, że mnie kisiel zaleje. Przytargałam mu wszystkie lampy jakie posiadałam na składzie i zapowiedziałam, że będzie siedział, aż zrobi, wyzywając od skąpców i pomszcząc do nieba, że gdybym kupiła półkę z Ikei, już dawno by wisiała. Zabrał się. Niestety ołówek był nie ostry. Robić się nie dało. Naostrzyłam, bo on prawie połamał ołówek, usilnie próbując mi udowodnić, że NIE DA SIE TO NIE DZIAŁA. Potem było trochę ciszy. Potem wpadł w histerię, ponieważ pan z Leroya nie przepiłował deski idealnie równo. Różnica była niewielka, ale była. Nawet nie powtórzę, co, zdaniem Pana Męża, powinien pan od piły zrobić sobie z tą krzywą deską. Nawiercił jakieś dziury, wsadzał kołki i kleił. Cały dywan mi zafafrał, że musiałam trzy razy odkurzać jeszcze. Naprzeklinał, ale po jakimś czasie zobaczyłam naprawdę miły dla oka efekt końcowy. Faktycznie półka wyglądała bardzo porządnie, dużo lepiej, niż gdyby wbić w nią trzy gwoździe, tak jak proponowałam.

Jak się domyślacie półka nie zawisła w niedzielę, ani nawet w poniedziałek, bo Pan Mąż odpoczywał po tym wielkim wysiłku. We wtorek, grożąc już niemal rozwodem, zabrał się za półkę. Ale niestety, kochana żono, nie zawieszę ci jej dziś, bo nie mam przyrządu do wykrywania metalu w ścianie. A na regipsie się nie utrzyma. Zadzwoniłbym do Twojego brata i pożyczył, ale w dzień kobiet nie wypada. Ja Ci nie wypadnę zaraz za okno wypadniesz ! Telefon do brata. Jedziemy. Mamy pierdolik wykrywacz. Jazda do domu, robi się 19, muszę przyśpieszyć tempo jeśli półka ma w ogóle kiedykolwiek trafić na ścianę. W domu ostatnie przymiarki i….

NIE MA POZIOMICY. Przykro mi żonko, ale chyba (już się położył brzuchem do góry i sięga po piwerko) muszę to zrobić jutro.

Nie ze mną te numery. Telefon do Siostry, ma poziomicę, mówię, ze Kuba będzie u niej za 5 minut. A ten łobuz, słysząc rozmowę, popija jednego łyka piwa i bezradnie rozkłada ręce. Muszę jechać sama. Urwę mu głowę później, jak już powiesi tę kurna półkę. Siostrze krótko relacjonuję moją walkę z wiatrakami, a właściwie półkami i szybko wracam do domu. Kontrolnie zerkam przez okno – łóżko odstawione, a mąż grzebie w narzędziach. Ufff, nie trzeba będzie opierniczać od samego wejścia że siedzi i nic nie robi. Jeszcze tylko kilka dziurek w ścianie (oczywiście pierdolik wskaźnik metalu dostał pierdolca i pikał jak szalony bez ładu i składu, co Pan Mąż uznał za znak, ze robotę trzeba odłożyć, a ja za zwykły sabotaż) i będę miała półeczkę !

No i wisi. Aż szampana otworzyliśmy z wrażenia. Co za radość. I mogę postawić kieliszek, nie podnosząc się z pozycji półleżącej. Ja jestem zachwycona, kochany Pan Mąż dumny jak paw. Tylko nie jestem pewna, kto tu się więcej narobił przy tej półce, ja czy On? 🙂

DSC09287